Recenzja filmu Motyl i skafander (2007)
Julian Schnabel

Pisane skrzydłem

Adaptację sławnej książki Jean-Dominique’a Bauby'ego otwierają zdjęcia rentgenowskie, na których tle pojawiają się napisy początkowe. Człowiek jest bardzo kruchy, biologicznie ograniczony, ...
Filmweb sp. z o.o.
Adaptację sławnej książki Jean-Dominique’a Bauby'ego otwierają zdjęcia rentgenowskie, na których tle pojawiają się napisy początkowe. Człowiek jest bardzo kruchy, biologicznie ograniczony, sygnalizuje widzom Julien Schnabel, jednocześnie obudowując film wyraźnie autotematyczną ramą: to tylko próba rekonstrukcji przeżyć przekazanych w książce, powiada, próba odtworzenia przekraczania przez Bauby „skafandra”. Tak jak dzięki prześwietleniom otrzymujemy mapę ciała wierną, ale niekompletną, tak też wierne, ale niekompletne są obrazy myśli i odczuć Jean-Dominique’a.


Schnabel próbuje pokazać, jak jego bohater (Mathieu Amalric) dojrzewa do tego przekroczenia "skafandra", my zaś mamy spróbować z empatią doświadczyć tej drogi. Pierwsze sekwencje filmu to ujęcia z punktu widzenia leżącego po udarze mózgu pacjenta (przejmujące zdjęcia Janusza Kamińskiego). "Motyl i skafander" jest zatem filmem i o kontakcie z drugim człowiekiem, o porozumieniu z innym, o przezwyciężaniu granicy doświadczeń. Cała opowieść jest przecież snuta przez niemal całkowicie sparaliżowanego chorego, przełamującego swoje „zamknięcie” za pomocą mrugania powieką: jedno mrugnięcie na tak, dwa na nie, jedno - wskazanie na głoskę z szeregu wymienianych przez „rozmówcę”, która złoży się na cały wyraz, dwa - koniec obmyślonej frazy. To dzięki temu mozolnemu mruganiu możemy spróbować dotknąć jego egzystencji.


Wydając książkę, Bauby udowadniał wszystkim, którzy go znali jako redaktora naczelnego „Elle”, a po jego znalezieniu się w szpitalu powtarzali plotkę o „warzywie”, że mimo całkowitego unieruchomienia, mimo „syndromu zamknięcia” funkcjonuje intelektualnie tak samo jak przed wypadkiem. A może nawet lepiej, skoro spotęgowała się jego wrażliwość. Książka była głosem człowieka, który chciał zaznaczyć swoje istnienie, była dowodem jego życia. Schnabel sugeruje, że to właśnie „pisanie” było najważniejszym kołem ratunkowym dla Jean-Dominique’a. Dzięki „pisaniu” – a także dzięki ludziom, którzy się opiekują autorem, którzy mu pomagają, dla których jest on bliski – Bauby ocala to, co czyni go człowiekiem.

O konieczności trzymania się tego, co w przekonaniu konkretnej osoby stanowi o jej człowieczeństwie, mówi się w filmie wprost. A skoro tym czymś okazuje się dla Jean-Dominique’a możliwość komunikowania się, przekazania swego doświadczenia, skoro praca nad książką utrzymuje w nim nadzieję i staje się podstawowym spełnieniem jego tragicznego życia – to literacki efekt tej pracy i jego filmowa adaptacja stają się wielkim hołdem dla sztuki. Tak przeszywający głos zdarza się słyszeć niezwykle rzadko.

Przemek Kaniecki
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)