Recenzja filmu Czasem słońce, czasem deszcz (2001)
Karan Johar

Podróż do magicznego świata

Filmy Bollywood były dla mnie czymś w rodzaju czarnej dziury. To znaczy wiedziałem o nich bardzo mało (podobnie jak astronomowie o wyżej wspomnianym zjawisku). Moja znajomość tematu ograniczała ...
Filmweb sp. z o.o.
Filmy Bollywood były dla mnie czymś w rodzaju czarnej dziury. To znaczy wiedziałem o nich bardzo mało (podobnie jak astronomowie o wyżej wspomnianym zjawisku). Moja znajomość tematu ograniczała się dosłownie do kilku faktów: produkuje się ich statystycznie najwięcej w ciągu roku, są bardzo długie i wzbudzają skrajne odczucia. Mianowicie większość dziewczyn na nich płacze, chłopaki z kolei śpią z nudów lub wychodzą w trakcie seansu. Takie opinie panowały także wśród moich znajomych. Jako reprezentant drugiej grupy początkowo skreśliłem te produkcje i nie miałem najmniejszego zamiaru kiedykolwiek jakąś obejrzeć. Po długich namowach ze strony koleżanki sytuacja uległa jednak zmianie. Wybrałem "Czasem słońce, czasem deszcz" i po seansie oniemiałem...


Fabuła, jak zwykle w przypadku takich produkcji, niczym nie zaskakuje. Oto jej ogólny zarys. Rahulowi od dzieciństwa niczego nie brakowało. Urodził się w jednej z najbogatszych rodzin w Delhi. Pewnego dnia poznaje Anjali. W przeciwieństwie do niego dziewczyna pochodzi z biednych przedmieść. Chłopakowi to jednak nie przeszkadza i zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ojciec Rahula. Zgodnie z tradycją to on miał wybrać synowi żonę. Nieposłuszeństwo Rahula prowadzi do otwartego konfliktu między nimi...


Rzecz jasna zapoznałem się z ogólną fabułą przed seansem. W efekcie prawie zrezygnowałem z oglądania. Pewnie bym tak postąpił, gdybym nie dał słowa wspomnianej już przyjaciółce. W imię prawdomówności postanowiłem jednak, stracić ponad trzy godziny życia. Dość jednak o targających mną emocjach. Pora przejść do konkretów.


Moje sceptyczne odczucia znalazły potwierdzenie już w pierwszych minutach tegoż obrazu. Dostałem to, czego obawiałem się najbardziej. Kicz do potęgi n-tej oraz przerysowane postaci i grę aktorską ponad wszelką możliwość. W tym momencie skłonny byłem dać Oscara każdej z południowoamerykańskich telenoweli. Przy tej indyjskiej produkcji uznałem je bowiem za ambitne kino. Film ten ma jednak jakąś tajemniczą, przykuwającą widza do ekranu siłę. Mimo wyżej wymienionych przywar nie dość, że go nie wyłączyłem, to z czasem uznałem je za plus i w ogóle przestały mi wadzić! Taki ewenement zdarzył się w moim życiu po raz pierwszy. W miarę trwania seansu byłem nim z każdą chwilą coraz bardziej zachwycony, wręcz zahipnotyzowany.


Obraz ten można nazwać festynem. To zachwyciło mnie najbardziej. Aktorzy odgrywający główne role są bardzo urodziwi. Kreowani przez nich bohaterowie dobrzy i uczciwi. Krótko mówiąc to chodzące ideały. Dodatkowo noszą nad wyraz kolorowe stroje. Takiej palety barw nie ma nawet na niebie podczas nocy sylwestrowej! Wszystko to uzupełniają piosenki i tańce, w których wyrażane są uczucia targające w danej chwili postaciami. Całokształt wyraża jedno słowo: MAGIA! Im dalej w las, tym bardziej szczęka mi opadała z zachwytu.


"Czasem słońce, czasem deszcz" to niewątpliwie gra uczuć. Przepych, widoczny praktycznie w każdej scenie, nie przeszkadza w utożsamieniu się z bohaterami. Łatwość ta wynika też z charakterów postaci, o których pisałem wcześniej. Zresztą mniejsza o to, co ją tak naprawdę powoduje. Niezbity jest fakt, iż dzielimy z nimi chwile szczęścia i smutku (przynajmniej było tak w moim przypadku). Przyznaję, iż oglądając zakończenie, byłem bliski płaczu, a nie należę do łatwo wzruszających się osób.


Teraz kilka słów odnośnie tytułu. Trafiono z nim w samo sedno (jak rzadko kiedy). Interpretować można go na wiele sposobów. Pierwszą możliwością są wzloty i upadki postaci. Alternatywami pozostają dwie części, na które podzielony jest film, a nawet klimat panujący w Indiach. Dla niewtajemniczonych rok w tamtej części świata podzielony jest na dwie pory: letnią (słoneczną) i monsunową (podczas której leje jak z cebra, co prowadzi do licznych powodzi).


Nie można zapomnieć o przedstawieniu w filmie elementów hinduskiej tradycji. Za przykład może służyć samo podzielenie ludności na kasty. Do tego będziemy świadkami np. pogrzebu czy wesela, które także są ważnymi dla hinduskiej ludności wydarzeniami. To zafunduje nam część pierwsza, druga natomiast pokaże zetknięcie się z kulturą europejską. Rozgrywa się bowiem w Londynie. Trzeba przyznać, iż stanowi to ciekawą mieszankę dodatkowo przykuwającą uwagę widza.


Opowiedziana historia jest prosta i równocześnie bardzo wzruszająca. To ostatni plus tego obrazu. Do jego otoczki i tematyki najzwyczajniej nie pasują bowiem filozoficzne rozmyślania nad sensem życia czy podobne temu aspekty.


Muszę przyznać się do popełnionego błędu. Uległem bowiem powszechnemu stereotypowi i zaszufladkowałem ten film, nawet go nie obejrzawszy. Na szczęście moje przekonania (o których tak rozwodziłem się na początku) legły w gruzach. Film jest piękny i poruszający, a przedstawiony w nim świat po prostu magiczny. Owa magia przeniosła mnie jakby do innego wymiaru. Zapewne powrócę do niego w przyszłości jeszcze nie raz. Na koniec dobra rada: przed seansem zaopatrzcie się w paczkę chusteczek; mogą się przydać. Mam nadzieję, iż dalsze polecanie tego dzieła jest zbędne i sięgnięcie po nie przy najbliższej okazji. Naprawdę warto.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 84% uznało tę recenzję za pomocną (25 głosów).
Barcelonismo
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)