Recenzja filmu Miasto 44 (2014)
Jan Komasa

Porażką o klęsce

Temat drugiej wojny światowej wraca do polskiego kina jak bumerang. W zeszłym roku premierę miało promowane przez polskich raperów "Sierpniowe niebo. 63 dni chwały". W maju oglądać mogliśmy ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Miasto 44 (2014)
Temat drugiej wojny światowej wraca do polskiego kina jak bumerang. W zeszłym roku premierę miało promowane przez polskich raperów "Sierpniowe niebo. 63 dni chwały". W maju oglądać mogliśmy "Powstanie Warszawskie", czyli autentyczne zdjęcia z tytułowego wydarzenia w odrestaurowanej wersji i z dodaną współcześnie narracją. W siedemdziesiątą rocznicę wybuchu powstania fabularnego filmu na tę okazję również nie mogło zabraknąć. Zadanie jego zrealizowania powierzono jednak osobie nietypowej – Janowi Komasie, autorowi "Sali samobójców", który wykorzystując swoje zrozumienie młodzieżowych problemów, miał stworzyć obraz bliski tej grupie wiekowej, ale równocześnie nie odbierający czci poległym.

"Miasto 44" opowiada losy Stefana (Józef Pawłowski) i Alicji zwanej Biedronką (Zofia Wichłacz), dwójki zakochanych ludzi w czasach wojny. On pomaga samotnej matce w wychowaniu młodszego brata, ona ma przyjaciół w konspiracji. Gdy wybucha powstanie, łączy ich miłość. Biedronka nie jest jednak jedyną kandydatką na partnerkę Stefana, pożąda go także Kama (Anna Próchniak), jego koleżanka, która wprowadziła go w grupę. Ostatecznie Stefan zmuszony jest nie tylko unikać niemieckich pocisków, ale też lawirować między pragnącymi go kobietami, by w końcu wybrać tę, którą kocha.

W swoim dążeniu do oddania hołdu idei powstania Jan Komasa zapodział gdzieś bohaterów. Niby oglądamy ich w walce, zabawie oraz towarzyszymy im w ich cierpieniach, ale tak naprawdę zupełnie nie obchodzi nas, co się z nimi stanie. Mimo ich mnogości prawie żadnego nie udaje nam się poznać. Stefan, kreowany na głównego bohatera, snuje się od budynku do budynku, cudem unikając śmierci. Mówi niewiele, zazwyczaj po prostu przygląda się rzeczom i nie jest też ważne na, co właściwie patrzy, takim samym spojrzeniem obdarza bowiem znienawidzonego Niemca, rozebraną koleżankę i rozpadającą się ścianę budynku. Grający go Józef Pawłowski jest chyba największym błędem obsadowym dekady. W porównaniu z nim znacznie lepiej wypada grająca Biedronkę Zofia Wichłacz, która została zresztą nagrodzona w Gdyni. Choć decyzja jurorów wydaje się raczej chwytem marketingowym niż krytycznym wyborem, to gdyby to na losach Alicji opierała się fabuła filmu, być może byłby on ciekawszy.

Głównym problemem "Miasta 44" jest bowiem znużenie i zażenowanie, jakie wzbudza. Ponad dwie godziny projekcji to z pewnością zbyt wiele czasu, jaki poświęcić można historii, której na dobrą sprawę w filmie brak. Bohaterowie nie mają żadnych celów ani ambicji. Atakują albo uciekają, zależnie od tego, jaki etap powstania oglądamy. Ich ucieczki też nie są specjalnie emocjonujące, gdyż polegają zasadniczo na przechodzeniu z budynku do budynku. Inną kwestią, która skutecznie uniemożliwia utożsamienie się z nimi i śledzenie z uwagą tej opowieści, są idiotyczne wyczyny co chwile przez nich popełniane. Palenie papierosów w oknie budynku, który chwilę wcześniej był pod ciężkim ostrzałem, wbieganie do zajętych przez nazistów pomieszczeń na "hura!" i bez uzbrojenia czy całowanie się, gdy trzeba uciekać, to tylko kilka z popełnianych przez nich głupot. Ta ostatnia scena szczególnie zapada w pamięć, gdyż reżyser postanowił spowolnić ją i dodać krążące wokół bohaterów pociski, wyciągając kicz na piedestał.

Film Komasy korzysta momentami z technik podpatrzonych w teledyskach. Chodzi tu głównie o efekty slow-motion, które mają dodawać dramaturgii. Ich użycie jest jednak najczęściej chybione. Scena seksu na przykład zamiast przejęcia wywołuje śmiech z przewracającej się w tle doniczki oraz występowania w bezpośrednim sąsiedztwie idących kanałem powstańców. Okraszenie jej dub-stepem również nie pomaga w zachowaniu powagi. Reżyser nie tworzy spójnej opowieści, a zbiór pojedynczych ujęć, które oddzielane są od siebie długimi fragmentami pustki i bezsensu. O ile forma sprawdziłaby się może w trzyminutowym teledysku, o tyle w prawie dwuipółgodzinnym filmie nie broni się zupełnie. Wybrana estetyka w zestawieniu z pokazywaniem głupoty i dziecinności powstańców stawia widza w sytuacji, w której nie wie on, czy twórcy składają hołd czy krytykują Powstanie Warszawskie.

Otoczka towarzysząca premierze filmu, która poprzedzona była pokazywaniem wersji nieostatecznej na specjalnym pokazie na Stadionie Narodowym, sprawia, że z pewnością będzie to film głośny. Zdania będą jednak podzielone. Znajdą się zwolennicy poglądu, że film stanowi wierne przedstawienie wydarzeń, ale i ich przeciwnicy twierdzący, że forma przyćmiła treść. Niezależnie od tego, która ze stron ma rację, niewątpliwie wszyscy skorzystaliby, gdyby reżyser trochę więcej czasu poświęcił na przemyślenie montażu, szczególnie, że już "wersja stadionowa" budziła zastrzeżenia. I o ile kłócić się można, czy spór dotyczy samego ukazania historii, czy realizacji filmu, to trzeba rozgraniczyć te dwie rzeczy. Na polu tej pierwszej ponieśliśmy klęskę, "Miasto 44" też trudno nazwać sukcesem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 54% uznało tę recenzję za pomocną (386 głosów).
Fiyo
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)