Recenzja filmu Big Love (2012)
Barbara Białowąs

Postmodernistyczne arcydzieło

Miłość - najbardziej wytarty i wyblakły temat dzisiejszej kultury. Przewałkowany na wszystkie możliwe sposoby, przez wszystkie możliwe gatunki filmowe. Tytuł "Big Love" niczego odkrywczego ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Big Love (2012)
Miłość - najbardziej wytarty i wyblakły temat dzisiejszej kultury. Przewałkowany na wszystkie możliwe sposoby, przez wszystkie możliwe gatunki filmowe. Tytuł "Big Love" niczego odkrywczego zwiastować, z pozoru, nie może. Ale, że pozorom ulegać nie warto, przekonuje nas autorka filmu Barbara Białowąs, młoda polska reżyserka, absolwentka kulturoznawstwa, filmoznawstwa oraz reżyserii. Przygotowanie teoretyczne na najwyższym poziomie, sami przyznacie. Przełożenie tej wiedzy na praktykę wypada równie okazale, ale też wymaga od widza nieco więcej aktywności i wkładu intelektualnego podczas odbioru filmu.

"Big Love" jest bowiem obrazem wielowymiarowym i złożonym. Utrzymany w klimacie postmodernistycznym, bo w dzisiejszej popkulturze, inaczej się już nie uda. Reżyserka proponuje nam jednak ciekawy wybieg, wstrzykując w swoje nowoczesne dzieło klasyczne konwencje, trawestując słynne sceny uznanych artystów. Eklektyczny styl zapewnia nam widowiskową mieszankę "dresiarskiego" i efektownego kina oraz absolutnie ponadczasowych wzorów zaczerpniętych, chociażby z francuskiej nowej fali. "Big Love" dekonstruuje różne formuły kinematograficzne, Barbara Białowąs świadomie bawi się kiczem i naśmiewa z naszych przyzwyczajeń. Jej odwaga i nowatorskie spojrzenie sprawiają, że ktoś nieświadomy, nieostrożnie mógłby przypisać film jakiemuś bardziej doświadczonemu twórcy, np. Pedro AlmodóvarowiPedro Almodóvar. Każde ujęcie, każdy ruch kamery jest przemyślany i wpisuje się w odgórnie przemyślaną konwencję.

A jaka to konwencja? Dokładna analiza obrazu pozwala nam zauważyć, iż jest to traktat o filmie w filmie, w ramach filmu. Widzimy wyraźnie, że są momenty, kiedy reżyserka, w ewidentny i przeestetyzowany sposób odnosi się do takich filmów, jak "Gorzkie gody", "Requiem dla snu" czy "Urodzeni mordercy". Polemika autorki "Big Love" z wartościami przedstawionymi w tych obrazach jest kluczem do odczytania konwencji i drogowskazem, jak należy odbierać i interpretować jej film. Białowąs odnosząc się do pewnych wytartych klisz i schematów, łamie stereotypy i zrywa z dotychczasowymi mitami o miłości w kinie. Poszerza nasze spojrzenie na miłość i uzależnienie od uczucia w postmodernistycznym świecie. Weźmy dla przykładu scenę, w której główni bohaterowie, Emilka i Maciek siedzą na parapecie, tyłem do kamery. Jest to ewidentny flirt z kiczem i banałem, próba przefiltrowania przestarzałej nieco retoryki Jeana Luca Godarda z "Żyć własnym życiem". Plastyczne i przerysowane obrazki widoczne za oknem to ewidentny sygnał od reżyserki, że nie należy tego brać na serio, że jest to próba dyskusji z pewnymi utartymi szablonami. Zboczenie z tej ścieżki interpretacyjnej może nas sprowadzić na manowce i sprawić, że nie dostrzeżemy prawdziwej wartości filmu.

Brawura reżyserska, eksperymenty formalne oraz treściowe, naszpikowanie filmu cytatami z klasycznych dzieł, odważne gry z tworzywem filmowym w odniesieniu do popularnych tematów i treści. Wszystkie te elementy wyznaczają granice artystycznej wizji twórczyni filmu i stanowią podstawę do jego odbioru. Przykład kolejny. Scena, kiedy Maciek i Emilka biegną po molo to nawiązanie do François Truffaut i jego "Jules i Jim". Nowe spojrzenie na klasyczną wizję miłości, jej utraty i desperackiej pogoni za uczuciem. Autorka, jak przystało na wykształconą osobę, doskonale zna teorię kina i jego historię. Wie, jak się w tej teorii obracać i naginać ją do swoich celów. Puszcza nam oko, daje sygnały, że warto doszukiwać się w jej filmie ukrytych treści.

Swoim autorskim stylem odciska również pieczątkę na warstwie muzycznej. Totalnie alternatywna muzyka bardzo znanych zespołów niszowych doskonale ukazuje szerokość horyzontów reżyserki. Elstad, Loco Star, Asgard - undergroundowe dźwięki zdecydowanie bardziej oddają klimat filmu i użyta w ramach promocji piosenka tytułowa, wykonywana przez Adę Szulc, nie może służyć za argument do tabloidyzacji całego obrazu i wciskania go w ramy popkulturowej papki. A taki błąd może popełnić każdy, kto nie obejrzy filmu z dostateczną uwagą i nie wyłapie wszystkich symbolicznych smaczków i nawiązań. Polecam powtórzenie seansu dwa lub trzy razy, żeby lepiej zapoznać się z tym, co ma do przekazania autorka i zrozumieć przesłanie filmu oraz jego konwencję. Bez tego, oglądanie mija się z celem. W myśl hasła "słowa, słowa, słowa; teoria, teoria, teoria" (lansowanego przez samą autorkę), każde ujęcie, każde spojrzenie kamery jest ważne i niesie jakiś głębszy sens. Oglądajcie zatem uważnie, bo takiego filmu jeszcze w polskim kinie nie było!
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (334 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o