Recenzja filmu W stronę morza (2004)
Alejandro Amenábar

Poszedł drogą w stronę śmierci, ponieważ kochał życie

Trzeba umrzeć dumnie, skoro żyć dumnie już dłużej nie można. F. Nietzsche To jeden z najbardziej kontrowersyjnych obrazów roku, poruszający temat eutanazji. "W stronę morza", bo taki nosi tytuł, ...
Filmweb sp. z o.o.
Trzeba umrzeć dumnie, skoro żyć dumnie już dłużej nie można.
F. Nietzsche

To jeden z najbardziej kontrowersyjnych obrazów roku, poruszający temat eutanazji. "W stronę morza", bo taki nosi tytuł, wyreżyserował Alejandro Amenábar - hiszpański twórca znany m.in. z takich filmów jak "Vanilla sky" czy "Inni".

Film jest autentyczną opowieścią o życiu Ramóna Sampedro (Javier Bardem), człowieka, który przez prawie 30 lat swojego życia toczył walkę o... śmierć, która w jego rozumieniu była ucieczką od cierpień. Po ciężkim wypadku - skoczył ze skał do morza podczas odpływu i skręcił kark - został sparaliżowany. Mimo że otoczony był miłością rodziny i przyjaciół, od tamtej pory cały czas błagał o skrócenie cierpień. W końcu, rozgoryczony postawą sądu, postanawia popełnić samobójstwo. Tyle można powiedzieć o filmie - i właściwie to jest cała historia. To nie jest obraz rozrywkowy, nie ma w nim akcji, pościgów, nie ma zderzenia z wirtualną rzeczywistością, nie ma scen walk grupowych, jest tylko intymny dramat i walka jednostki. Walka - jak mówi sam Ramón - o godną śmierć. Wielokrotnie pojawia się zdanie: "Skoro nie mogę godnie żyć, chcę chociaż godnie umrzeć". Zawsze zastanawiałam się i w sumie nie mogłam pojąć - dlaczego ktoś świadomie chce się zabić? Dlaczego chce popełnić samobójstwo, a w wypadku eutanazji prosi kogoś o wykonanie wyroku. Dla mnie chęć zakończenia życia to sprawa niepojęta. Ale ten film ukazuje dramat takiej właśnie osoby. Obraz jest strasznie monotonny i jednostajny, ale w tym wypadku te cechy nie są zarzutem! Są odzwierciedleniem życia Ramóna, tego jak wygląda jego dzień - w zasadzie tak samo, jak noc. Leży w łóżku, nie porusza ani rękami, ani nogami. Jedyna sprawna część ciała to głowa. I jest on jak najbardziej świadomy swojej decyzji - decyzji o śmierci. To nie jest człowiek chory psychicznie. Wręcz przeciwnie.

Patrząc na ekran sali kinowej, myślimy o najprostszych rzeczach. Czym dla nas jest przejście dwóch metrów? Albo uścisk dłoni? Złapanie szklanki czy napisanie listu? Czym to dla nas jest? Codziennością. Wykonujemy te ruchy mechanicznie. Dla Ramóna te czynności to marzenie. Jego niedoścignione marzenie, które nigdy nie zostanie spełnione. Czy jesteśmy w stanie sobie coś takiego wyobrazić? Raczej nie i to jest najbardziej przerażające, przytłaczające zarazem w tym filmie. Uświadamia nas, jak często nie doceniamy życia. Ramón kochał kobiety, kochał pisać wiersze, kochał morze... a wybrał śmierć. On kochał życie i dla niego umarł. "Umrzeć by żyć" - to tytuł jego książki, którą pomogła mu napisać jego prawniczka. Historia jego życia, wszystko, co było przed wypadkiem i kim był, oraz wszystko, co działo się z nim po wypadku.

Jedni mogą powiedzieć, że temu człowiekowi brakowało przede wszystkim miłości. Tak uważa w filmie ksiądz, który również jest sparaliżowany. Pragnie on pokazać Ramónowi, że jednak można żyć i cieszyć się każdym dniem, ale nasz bohater wie, iż zdania nie zmieni. I albo mu w tym ktoś pomoże, albo sam to zrobi. Bohater wielokrotnie powtarza bardzo ważną kwestię: "Nie oceniaj mnie, bo nie jesteś mną". Jest to moim zdaniem racja święta. Jak może oceniać kogoś, kto znalazł się w takiej sytuacji - osoba zdrowa i "normalna"? To trzeba przeżyć. Nie mnie i Tobie oceniać jego postawę. Przecież od zawsze wiemy, że nie wiadomo, jak my postąpilibyśmy w pewnych sytuacjach. Ja nigdy nie mówię, że w danym momencie, gdybym była Tobą, zrobiłabym to i to. Uważam, że nie mam do tego prawa - bo nie wiem, co Ty czujesz w tej chwili i co uważasz za stosowne. Mogę jedynie wyrazić swoją opinię, ale nie mam prawa Cię oceniać - nikt nie ma do tego prawa. Tak samo przypominam, że życie to jedno z naszych praw, ono nie jest obowiązkiem - jeśli jest prawem, to możemy decydować o nim sami, należy do nas i możemy w każdej chwili zrobić z nim, co chcemy.

Ale czy tak rzeczywiście powinno być? Czasem sama gubię się w tym wszystkim. Generalnie jestem za legalizacją eutanazji. A z drugiej strony pojawia się przeświadczenie: "Bóg dał, Bóg zabierze". A potem pojawia się pytanie: "Czy Bóg w ogóle istnieje skoro pozwala na takie cierpienie?" I dochodzę do punktu wyjścia...

Filmowi Amenábara od strony warsztatowej trudno coś zarzucić. "W stronę morza" to błyskotliwe dzieło, potwierdzające aspiracje młodego reżysera. Komplementy należą się również odtwórcy głównej roli. Javier Bardem, dysponując bardzo ograniczonymi możliwościami ekspresji, stworzył postać, którą pamięta się długo po wyjściu z kina. Piękna jest też muzyka, która dodatkowo uświadamia nas i pokazuje, jakie jest życie Ramóna. Podniosła i zarazem intymna, z nutą zadumy.

Uważam, że każdy z nas bez względu na wiek czy zapatrywanie na życie powinien ten obraz zobaczyć. Zapewniam, że po wyjściu z sali kinowej spojrzycie na świat inaczej przez pryzmat codzienności, zwykłości, normalności - teraz wydaje się to banalne, ale jak obejrzycie ten film, to zrozumiecie moje słowa. Polecam gorąco.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)