Recenzja filmu Powrót do Garden State (2004)
Zach Braff

Powrócisz tu...

Finalny sukces dobrze zapowiadających się i – w ogólnym rozrachunku – raczej udanych filmów czasami zależy od kontekstu, w jakim dokonujemy ich oceny. Ponieważ na krótko przed "Powrotem do Garden ...
Filmweb sp. z o.o.
Finalny sukces dobrze zapowiadających się i – w ogólnym rozrachunku – raczej udanych filmów czasami zależy od kontekstu, w jakim dokonujemy ich oceny. Ponieważ na krótko przed "Powrotem do Garden State" miałem przyjemność zobaczyć podobnego do niego w treści, znakomitego "Dmuchawca" Marka Milgarda, przeto obraz Zacha Braffa oceniam, niestety, dość przeciętnie.

W pierwszej, jak się potem okazuje: przewrotnej scenie filmu (o tym dlaczego przewrotnej: w dalszej części), dwudziestokilkuletni Andrew Largeman (Zach Braff, społem: reżyser, autor scenariusza oraz aktor odgrywający główną rolę), wygodnie usadowiony na fotelu pasażerskim, otępiały i najwyraźniej znudzony tym, co ogarnia go dookoła, bez sprzeciwu czy jakiejkolwiek innej, choćby nerwowej reakcji, uczestniczy w katastrofie swego samolotu. Chwilę potem, bohater wybudza się z sennego koszmaru, jaki go opętał przed chwilą.

Okazuje się jednak, że to nie był wyłącznie sen. Dramatyczna scena może być (proroczą?) wizją nieokreślonej przyszłości, a na pewno stanowi doskonałą alegorię stanu ducha filmowej postaci. Andrew Largeman większość swego życia spędził, pochłaniając ogromne ilości leków antydepresyjnych, przepisywanych mu przez zapobiegliwego ojca-psychoterapeutę, Gideona Largemana (Ian Holm). Ten samotny i wyizolowany, niedoszły aktor, "gwiazda" paru reklamówek, obecnie musi zmagać się z rolą kelnera w podrzędnej restauracji azjatyckiej. Doskwiera mu również brak domowego ciepła, mieszka bowiem z dala od rodzinnych okolic. Trochę z konieczności, ponieważ za ojca ma osobę o zapędach zbyt opiekuńczych i nadto dyktatorskich. Jest zmurszały i kompletnie obojętny. Wiecznie zaspany. Po prostu nieobecny. "Otacza mnie katastrofa, której nie chcę zauważyć": byłoby celną diagnozą poczynań głównego bohatera, którą przywołuje wyżej opisana scena.

Andrew Largeman wraca do rodzinnych stron. Najzupełniej serio, gdyż leci na pogrzeb swojej matki. Przede wszystkim jednak, jego wyprawa nabiera cech metaforycznego rozrachunku z dotychczasowym życiem. Bohater musi powrócić do Garden State, gdyż to właśnie dopiero tu, w rodzinnych stronach, tych, które pozostawił kilkanaście lat temu, przemierzywszy setki, a może i tysiące kilometrów, uciekając od tego, co się wydarzyło, spotka kogoś, kto zionie ogniem w jego znudzony i nieinteresujący (nikogo, w tym również jego samego) żywot oraz pozwoli mu rozprawić się z niewdzięczną przeszłością.
Sam (Natalie Portman), bo o niej mowa, zaprzecza wszelkim cechom głównego bohatera. W przeciwieństwie do niego, ta żywa i prostolinijna dziewczyna, nie rozstająca się ze swym dziwacznym kaskiem na głowie, na swe problemy i tarapaty – kto wie, czy nie o wiele poważniejsze od trudności Andrew – ma inne lekarstwo, bynajmniej nie farmaceutyczne! Śmiechem i szczerą rozmową, niejednokrotnie przyprawioną sporą szczyptą szaleństwa, rozładowuje smutek i przygnębienie, pozwalając zapomnieć o najróżniejszych kłopotach. To od niej sparaliżowany psychicznie, główny bohater na nowo będzie się uczył życia, tym razem bez prochów.

W Stanach Zjednoczonych dzieło Zacha Braffa zyskało status niezwykle popularnego filmu pokoleniowego, przy okazji wydostając się z ciasnych wnętrz niszowego kina niezależnego (obraz debiutował wszak na festiwalu w Sundance) na salony dystrybucji masowej. Mianem "Absolwenta XXI wieku" (twórcy wykorzystali m.in. utwór Simona i Garfunkela) ochrzczono go jednak zbyt pochopnie.
Trudno odmówić Zachowi Braffowi pomysłowości i werwy, których nie żałował on, tworząc wiele krótkich i zabawnych scenek obyczajowych. "Powrót do Garden State", po prawdzie, ma formułę skeczową. Składa się z szeregu mniej lub bardziej udanych epizodów z bohaterami w rodzaju – tu cytuję za listą aktorów, którą producenci filmu podali w jego napisach końcowych – "wstrętnej dziewczyny", "śpiącego aktora", "znudzonego aktora", "pijanego na przyjęciu w Gleason", "mężczyzny uprawiającego seks" czy – o zgrozo! – "masturbującego się psa". Chociaż niektórym kręgom odbiorców, skorym do okraszania "kultowymi" (o, przepraszam: "qltowymi"!) epitetami, scenki tego rodzaju na pewno przypadną do gustu, to jednak sens tego, o czym tak naprawdę traktuje "Powrót do Garden State", nie zawiera się w tego typu składowych utworu. Bo cóż ciekawego wynikać może z porannego paradowania skacowanego gościa, odzianego w lśniącą zbroję rycerską albo efektownego kadru, reklamującego dzieło, na którym główny bohater, przystrojony pstrokatą koszulą, identyczną z wyglądem ściany, spogląda jakby wbity w ścianę, po czym nagle, z niewiadomej racji, wstaje, o sekundę wyprzedzając równie niezbyt znaczące cięcie montażowe czy też wątpliwie interesującego fragmentu z owym "masturbującym się psem"? Po takich efekciarskich wątkach, mało wymownych z punktu widzenia istoty fabuły, pozostaje niesmak, wrażenie pustki oraz zwątpienie w pozaformalne możliwości twórców obrazu.
Natomiast, kiedy wszystko się wycisza, gdy w trakcie eterycznej pogawędki, główny bohater przestaje milczeć, wyjawiając tak długo skrywane urazy i drażniące go wyrzuty sumienia, czujemy na sobie swego rodzaju artystyczny nokaut. Przywieramy całą siłą do tego, co wtenczas dochodzi z ekranu, całą swoją moc skupiamy na losach Andrew i Sam, czując, że są oni rzeczywistymi reprezentantami swego pokolenia, "z krwi i kości". Od tego momentu jakby nie widać już tych wszystkich ślamazarnych i cudacznych kwestii, efekciarskich fraz i cyrkowych postaci. Dzieło przyobleka się w odświętne szaty, pulsując subtelnym oraz aromatycznym czarem nieśpiesznej pogoni jego bohaterów za ich straconą młodością. Wtedy i ogłuszający wrzask, gdy trójka z nich (wraz z przyjacielem Andrew, Markiem, osobliwym grabarzem i kolekcjonerem kart o wojnie w Zatoce Perskiej, granym przez Petera Sarsgaarda) wykrzykuje swoje pretensje i frustracje, przeobraża się w czuły i poruszający szept o ludzkiej niemocy.

"Nie bać się mówić, choćby i miały to być zwyczajne bzdury. Nie bać się działać. Nie bać się żyć. Chcieć znaleźć swoją przyczepę nad opuszczoną kopalnią i na niej wykrzyczeć swoje żale. A nade wszystko śmiać się i tłumić swój smutek." – z takim oto przesłaniem pozostawiają nas twórcy "Powrotu do Garden State", słowami jednego z bohaterów życząc na końcu "powodzenia w odkrywaniu niezgłębionej otchłani". Ani to nieszczególnie prekursorskie, ani specjalnie odkrywcze, lecz – jak powiada główny bohater "Trzeciego" Jana Hryniaka – i "banał ma swoją moc". Może dlatego, że jest zwyczajny oraz prawdziwy, z naciskiem na to ostatnie określenie.

W tym miejscu należałoby zastanowić się nad znaczeniem sztampowego zakończenia filmu. W finale, Andrew, pogodzony z losem i zadowolony z siebie, w ostatniej chwili rezygnuje z lotu, wybierając mocny uścisk w ramionach kochającej, (koniecznie) zapłakanej Sam. Jeśliby połączyć ze sobą ten fragment obrazu z pierwszą jego sceną, zasygnalizowaną wyżej we wstępie, teoretycznie możliwa byłaby taka interpretacja, w której końcowa sekwencja stanowiłaby jedynie projekcję pragnień głównego bohatera, natomiast on sam, wsiadłszy na pokład samolotu, uczestniczyłby w owym nieuniknionym wypadku. Czy jednak to pokrętne rozumowanie w jakikolwiek sposób zmienia wymowę całości utworu?!
Przyjęcie tej tezy, zakładającej, iż w filmowej rzeczywistości faktycznie dzieje się to, co zostało ujawnione w zakończeniu dzieła, oznaczałoby że jego twórcy uczynili ukłon w stronę mało wymagającej widowni, łasej odurzającej pogody ducha oraz wszechobecnego i upajającego radością klimatu tak oczekiwanych happy-endów.
Teza odwrotna, niestety: niskich lotów (nomen omen!), niweczyłaby wysiłki głównego bohatera, nie pozwalając mu cieszyć się z niepełnego jeszcze szczęścia, uświadomionego sobie przed zaledwie chwilą. Zach Braff uśmierciłby bohatera, swojego porte-parole, z absurdalnych – trzeba to wyraźnie powiedzieć – powodów. Zabieg artystyczny tego rodzaju nie miałby żadnego uzasadnienia w ogólnej wymowie dzieła. Mało tego: pozostawałby w logicznej sprzeczności z jego naturalną ciągłością. Historia od początku zmierza ku (w miarę) optymistycznemu finałowi (choć nieco mniej natrętnemu od tego, jakie otrzymujemy od twórców – wedle alternatywnej, powyższej interpretacji), a osiągnięcie osobistej satysfakcji przez pogodzenie się z losem jest wszak jednym z zagadnień, jaki zdaje się wynurzać z ogólnego przesłania twórców. Kierując się ową hipotetyczną wersją zdarzeń, należałoby stwierdzić, iż – na bakier z założeniem o przemianie bohatera – Andrew Largeman nie uświadomi sobie znaczenia, jakie w jego życiu pełni rezolutna Sam bądź też, zdając sobie z tego sprawę, nie będzie (ciągle jeszcze) gotowy do całkowitej akceptacji tego, co w końcu zrozumiał. Każdy z tych wariantów zamykałby się – w istocie – kolejną ucieczką głównego bohatera. Tym razem, od swej ofiarnej oblubienicy.
Konkludując, na powrót mielibyśmy do czynienia z łobuzerskim chwytem reżysera, zbytecznym i niepożądanym. Ot, z taką kolejną, efekciarską figurą!

Osobnej wzmianki wymaga aktorska kreacja Zacha Braffa, w rzeczy samej przeistaczającego się w Andrew Largemana. Wykreował on, bowiem, frapującą postać powściągliwego i anemicznego, młodego człowieka, któremu fatalny los oraz dramatyczny bieg zdarzeń odebrały rodzinę, przyjaciół, dzieciństwo oraz jego młodość. Typ głównego bohatera, powolnego i zadumanego, patrzącego zalęknionym wzrokiem, a także nieskorego do szybkiej wymiany zdań, doskonale koresponduje z nieśpiesznym rytmem opowieści, leniwymi zdjęciami oraz refleksyjną, melancholijną ścieżką dźwiękową. Wydobywa to, co w filmowej opowieści wydaje się najważniejsze: że rzeczy wielkie dla każdego człowieka dzieją się bez pośpiechu, bez efektownego tła czy patosu, najzupełniej normalnie.

Pamiętając o tym, wypada szczerze ubolewać, iż Zach Braff dał się skusić manii wplatania fasadowych epizodów, odrywających bieg filmowej historii od jej prawdziwego wnętrza. W tej mierze, wspomniany Mark Milgard wykazał się większą asertywnością, toteż realizując "Dmuchawca" stworzył dzieło pełniejsze od "Powrotu do Garden State". Bardziej stonowane, żeby nie powiedzieć: poetyckie, urzekające nie tylko formą, ale i treścią. O wiele wiarygodniejsze, po prostu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 41% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).
hando
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)