Recenzja filmu Skazany na bluesa (2005)
Jan Kidawa-Błoński

Pozostał tylko blues...

Ten film miał być hołdem oddanym Ryszardowi Riedelowi, miał pokazać prawdziwą drogę życia wokalisty Dżemu. Obraz ten nie jest wielkim dziełem sztuki, reżyser Jan Kidawa-Błoński stworzył film ...
Filmweb sp. z o.o.
Ten film miał być hołdem oddanym Ryszardowi Riedelowi, miał pokazać prawdziwą drogę życia wokalisty Dżemu. Obraz ten nie jest wielkim dziełem sztuki, reżyser Jan Kidawa-Błoński stworzył film grający na ludzkich uczuciach, wzrusza, bawi, momentami dłuży się i skłania do zastanowienia się skąd akurat w tym momencie wzięła się ta nie pasującą do niczego scena? W dzisiejszych czasach kino pełne jest takich ckliwych historyjek, mogliśmy się spodziewać czegoś wyjątkowego zwłaszcza iż reżyser w latach swego dzieciństwa mieszkał w tym samy mieszkaniu co Rysiek, mogliśmy liczyć na pewien sentymentalizm, nutkę prawdziwego wzruszenia. Cała magia filmu prysła, może dlatego, że w naszych sercach żyje ten jeden jedyny niepowtarzalny Rysiek Riedel, każdy liczył na mocną, prawdziwą historię Dżemu i jego legendarnego wokalisty. Ja się strasznie rozczarowałem, nie uwierzyłem w tego ekranowego Rysia, pomimo to iż Tomasz Kot gra bardzo dobrze to zostaje pewien niesmak, retrospekcyjne ujęcia pozwalają porównać grę aktorską z tym kim naprawdę na scenie był Rysiek.

W filmie brakuje oddechu, lekkości. Dialogi pełne hollywoodzkiego przepychu męczą. Zbyt wiele patosu niszczy film. Zastanawiam się gdzie podziały się te wszystkie kłótnie zespołu, nie można wybielać tego o czym wszyscy wiedzą a chyba to było założeniem filmu. Członkowie zespołu są niczym dobra ciocia Zosia, która bardzo chce pomóc a przecież wielokrotnie chcieli pozbyć się idola, nie to złe słowo, mentora nastolatków tamtego okresu. Riedel był człowiekiem o niezwykle rozbudowanej uczuciowości podatnym na wszelkiego rodzaju używki ale przede wszystkim człowiekiem w którym żyły marzenia "Przestałem marzyć, jak ktoś nie marzy nie żyje...", czy gdyby nie marzenia powstałyby takie piosenki jak "Sen o Victorii"? W filmowym życiorysie Riedla jest kilka ciekawych czasem zabawnych, czasem chwytających za serce scen. Piękna dosyć sentymentalna jest scena, która przedstawia ten ostatni "złoty strzał" - podróż na białym koniu w nieznane, w stronę marzeń, w kierunku spełnienia się. Ten film pokazuje jak trudna jest walka z tym co na początku wydaje się tak "wspaniałe" a potem zabija, niszczy, nie warto korzystać z chwili rozrywki by później cierpiał nie tylko nasz organizm ale nasi bliscy a Rysiek pozostawił po sobie rzesze fanów do końca oddanych Dżemowi. Maciej Balcar sprawdził się w roli Indianina, Riedlowego przewodnika po krainie szczęścia i utrapienia jednocześnie. W grze Jolanty Fraszyńskiej widoczna jest pewna sztuczność, na ekranie wygląda na ciut przestraszoną. Czy rola ją przerosła? Film nie rozgrzewa nas do czerwoności cegły momentami gubi się w swoim przesłaniu, nie wie co chce pokazać czy cierpienie wokalisty, czy osobno cierpienie jego bliskich.

Trudno jest ocenić sam film, tak naprawdę można go podzielić na dwie części pierwszą w której rozgrywa się akcja oraz drugą, która wypełniona jest wielkimi przebojami Dżemu i to "Whisky" w tle... tak, tak napiłoby się jednego strzemiennego. Muzyka pozwala wczuć się w klimat filmu ale tak naprawdę odkurzenie starego Dżemu dało w filmie niezłego "kopa". Muzyka w tej opowieści o Ryszardzie Riedlu urasta do miana symbolu, fragmenty koncertów mogłyby stworzyć jeden oddzielny film, który chyba najlepiej odpowiadałby zagorzałym fanom Dżemu i jego legendarnego wokalisty.

Rysiek Riedel symbol polskiego rock & rolla przełamał wszelkie konwenanse, w tekstach swoich utworów mówił o tym co gnębi jego marzycielską duszę, co siedzi w jego strapionej i niepokornej osobie. Chwała twórcom filmu, że mieli odwagę stworzyć taki film pomimo tego, że nie jest dziełem wybitnym warto go obejrzeć by choć trochę poznać tego przechodnia życia, tego tytułowego "skazanego na bluesa". Film wzrusza ale nie daje tego co stara winylowa płyta, odtwarzana w adapterze i głos Riedla wydobywający się z przykurzonych głośników - to się nazywa prawdziwy sentymentalizm. Na koniec pozwolę sobie zacytować słowa J. Chojnackiego: "Są na świecie Indianie i jest wielka, bezkresna preria. Indianie kłusują sobie po prerii, ot tak - z prawa do lewa i z lewa do prawa. Czasami taki Indianin gdzieś się zatrzyma, przycupnie i myśli. Myśli, że zdąży... Dzisiaj nie zdążył", a może Riedel zdążył i kłusuje sobie dalej po polach pełnych zbóż albo właśnie po tej bezkresnej prerii.

Podobno "...najgorzej w życiu to samotnym być..." dlatego tekst ten dedykuję mojej dziewczynie Dagmarze za to, że sprawiła, że przy niej nie czuję się samotny i dzięki niej zrozumiałem, że "...w życiu piękne są tylko chwile".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 44% uznało tę recenzję za pomocną (18 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o