Recenzja filmu Gwiezdne wojny: Część V - Imperium kontratakuje (1980)
Wojciech Paszkowski
Irvin Kershner

Prawdziwe dzieło muzyczne!

Kiedy w 1977 roku "Gwiezdne Wojny" jak burza przechodziły przez kina na całym świecie, zbierając przed ekranami całe rodziny, dla producentów i George'a Lucasa jasne było, że druga i trzecia ...
Filmweb sp. z o.o.
Kiedy w 1977 roku "Gwiezdne Wojny" jak burza przechodziły przez kina na całym świecie, zbierając przed ekranami całe rodziny, dla producentów i George'a Lucasa jasne było, że druga i trzecia część muszą powstać. Choć sam Lucas za reżyserię "Imperium kontratakuje" się nie wziął, tylko wyznaczył Irvina Kershnera, to jednak zjawiał się często na planie, by doglądać postępów w produkcji. Na twórcach ciążyło ogromne brzemię, które siłą rzeczy musieli podźwignąć, by sprostać wymaganiom publiczności. Fabuła musiała być nieprzeciętna, efekty jeszcze lepsze... muzyka musiała zostać skomponowana przez tą samą osobę. John Williams, tak jak cała ekipa filmowa, pracował pod presją, wszak "Gwiezdne Wojny" zrewolucjonizowały nastawienie ludzi do muzyki filmowej, a spodziewano się przynajmniej w połowie tak dobrych kompozycji. Mając już doświadczenie i co najważniejsze kolekcję motywów z poprzedniego filmu, John zabrał się do pracy. Korzystał z nich w sposób umiarkowany, ograniczając je i jednocześnie tworząc nowe, bardziej złożone. W efekcie otrzymaliśmy jedną z najlepszych partytur XX wieku!

Możemy wyszczególnić 3 nowe tematy, stanowiące jej szkielet i kilka pobocznych, uzupełniających. Jak nietrudno się domyśleć, najważniejszym z nich wszystkich jest "The Imperial March", zwany potocznie Darth Vader's Theme. Chyba nie ma w cywilizowanym świecie takiego człowieka, który by choć raz nie zetknął się z tym utworem. Niekoniecznie oglądając sam film. Często i gęsto zapożyczają go twórcy muzyczni, filmowi, organizatorzy sportowi... jest to najbardziej znany powszechnie motyw, jaki kiedykolwiek powstał (sukces, aczkolwiek w o wiele mniejszym stopniu powtórzy dopiero "Duel of the Fates" z "Mrocznego Widma". Poza bardzo dobrymi walorami estetycznymi, motyw ten świetnie kompiluje z filmem, uzewnętrzniając jedno z jego założeń: ukazanie potęgi i zła Imperium. Tak na dobrą sprawę, nie trzeba oglądać filmu, by doświadczyć tych emocji. "The Imperial March" jest w tym przypadku samowystarczalny, ponieważ działa na wyobraźnię!

Postać z pozoru mała, stara i bezbronna kryje w sobie wielką moc i tajemnicę. Mniej więcej takimi słowami można by opisać mistrza Jedi, Yodę. Temat stworzony przez Williamsa na potrzeby tej postaci wtapia się idealnie w jej obraz. Z pozoru zwyczajny, prosty motyw, ale po dokładniejszym wsłuchaniu się można dostrzec płynące zeń piękno, lekkość, a zarazem siłę i dostojeństwo. Bardzo ładnie jest to uchwycone w suicie koncertowej "Yoda's Theme". Poza tym utworem istnieje jeszcze wiele jego wariacji, jak przezabawny "Luke's Nocturnal Visitor", czy też refleksyjny "Jedi Master Revealed". Warty uwagi jest też "Yoda and the Force", gdzie temat mistrza Jedi zostaje misternie wpleciony w podniosłą i triumfalną orkiestrę.

Ostatnim głównym tematem tej partytury jest motyw Lei i Hana. Wielu dopatruje się tu analogii do "Princess Leia's Theme" z "Nowej Nadziei" i słusznie. Różnią się jedynie schematem budowy i tonacją. Faktem jest, że temat idealnie wplata się w wydarzenia mające miejsce na ekranie i świetnie prezentuje się na płycie. Po raz pierwszy w formie reprezentatywnej słyszymy go w utworze "Han Solo and The Princess", ale przewija się praktycznie non stop w sekwencjach akcji, którym zresztą poświęcę osobny akapit. Najlepszą według mnie jego interpretacją jest "The Rebel Fleet", gdzie potężna orkiestra z sekcją smyczkową dodają mu wyniosłego i bardziej dramatycznego kształtu. Wśród mniejszych motywów wyszczególnić możemy między innymi te obrazujące lodową planetę Hoth, miasto w chmurach czy jaskinię Mynocków. Ich udział w filmie choć mniejszy, wcale nie stanowi o ich zbędności. Stanowią urozmaicenie partytury i co najważniejsze dobrze się je odbiera.

Silną częścią kompozycji jest muzyka akcji. Ostatnie 3 utwory (nie licząc "The Rebel Fleet/End Title") wywarły na mnie ogromne wrażenie. Znając Williamsa i jego tendencje do tworzenia muzycznego zgiełku (co prawda świetnie wypadającego w filmie, ale na płycie domagającego się wyłączenia sprzętu grającego), jestem pełen podziwu dla niego, że "wyprodukował" coś tak oryginalnego. Wspólną zaletą tych utworów jest płynność pomimo różnorodności występujących w nich tematów. Takim poziomem action score nie będzie mógł się już poszczycić "Powrót Jedi", a szkoda. Odrobinę gorzej prezentuje się "The Battle of Hoth". Właściwą część bitwy rozpoczyna wejście fortepianowe, które kojarzy się z Dance Macabre Lista. W dalszej części doświadczamy muzycznej huśtawki emocjonalnej dzięki obecności różnego rodzaju tematów. Warto zwrócić uwagę na nienaganną pracę skrzypiec, a w szczególności na te krótkie i szybkie pociągnięcia smyczków, które wyznaczają tempo i podtrzymują napięcie. Orkiestrowe szaleństwo przerywane są kilkakrotnie przez krótkie wstawki Marszu Imperialnego.

Nie ma partytur bez wad. Ta też je ma. Największym problem, który zresztą powtarza się już, to przynudzający miejscami underscore. O ile w "Nowej Nadziei" było go dużo, to w "Imperium kontratakuje" doświadczamy tego tylko w utworach ilustrujących początki pobytu głównych bohaterów w Cloud City.

Rzadko zdarza się, by muzyka do sequela przewyższała tą z pierwszej części. "Imperium kontratakuje" się to jednak udało. Często mówi się, że muzyka jest duszą obrazu. Oglądając ten film i wsłuchując się w partyturę Williamsa, jestem skłonny potwierdzić tę tezę. Patrząc z perspektywy całej sagi, jest to najlepszy gwiezdno-wojenny score, jaki tylko powstał. Z pewnością także jest to jedno z największych osiągnięć kompozytora.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)