Recenzja filmu Wyklęty (2017)
Konrad Łęcki

Prywatne i polityczne

Debiutujący w pełnym metrażu Łęcki opowiada o stalinowskim terrorze, a jednocześnie snuje w retrospekcjach historię o trudach podtrzymywania narodowej tożsamości. W ogóle jego film to tak ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Wyklęty (2017)
Franciszek Józefczyk, dla akowców "Lolo" (Wojciech Niemczyk), ujawnił się po wojnie, lecz zamiast podziękowań władzy ludowej, czekały go tortury w ubeckiej katowni. Nic dziwnego, że po ucieczce z więziennego transportu, dołącza do partyzantów i pomaga im przy kolejnych sabotażach, zasadzkach oraz akcjach dywersyjnych. To zarazem początek jego wieloletniej tułaczki. Podróży, która w optyce Konrada Łęckiego przypomina raczej stonowane kino antywojenne niż szytą na zamówienie ultraprawicy heroiczną laurkę. Oczywiście, poza tymi momentami, w których przestaje przypominać kino antywojenne, a zaczyna – heroiczną laurkę. 

photo.title

Główny bohater inspirowany jest prawdziwą postacią Józefa Franczaka. "Inspirowany" to chyba najlepsze słowo, bo przecież Franczak pochodził z chłopskiej rodziny i gdyby w 1920 machał na do widzenia komuś, kto wyrusza na wojnę z bolszewikami, byłby to raczej jego dobry pan, a nie ojciec ze stopniem oficerskim. Filmowy Józefczyk to everyman, gotowy materiał pod identyfikację i tabula rasa zapisywana wojennymi doświadczeniami. I jest to zabieg o tyle udany, że narzuca intymną perspektywę, sadza nas w pozycji świadka, którego "Lolo" za rękę przez ten koszmar prowadzi. "Wyklęty" najlepszy jest wtedy, gdy pokazuje rozdźwięk pomiędzy pragnieniami bohatera a weryfikującą je rzeczywistością. Czyli – w dużym skrócie – kiedy dociera do istoty gatunku.

Debiutujący w pełnym metrażu Łęcki opowiada o stalinowskim terrorze, a jednocześnie snuje w retrospekcjach historię o trudach podtrzymywania narodowej tożsamości. W ogóle jego film to tak naprawdę dwa filmy. Ten pierwszy opowiada o facecie, który stara się nie zdziczeć w dzikich czasach, ten drugi – o żołnierzu, którego otaczają romantyczne fantazmaty (bo pełnokrwistymi bohaterami jego kumpli z oddziału nazwać nie sposób). Ten pierwszy ma w sobie pewną narracyjną lekkość, ten drugi – ciężar walca drogowego. Podobne kontrasty odnajdziemy zresztą w samym rzemiośle filmowym. Operator Karol Łakomiec robi co może, podrzuca efektowne ujęcia zamglonych lasów, konstruuje spójną estetyczną wizję. Tym większa szkoda, że wrogiem pionu technicznego, który stanął na głowie, żeby wyczarować coś z niczego (czyli z raptem dwóch milionów złotych), jest Łęcki-scenarzysta. Tekst jest kiepsko sfastrygowany, od dialogów więdną uszy, a prowadzeni niepewnie aktorzy wpadają w pułapkę nadekspresji. Kuriozalny jest zwłaszcza Janusz Chabior w roli urzędnika bezpieki, który wygląda i zachowuje się, jakby zdezerterował z planu "Allo, Allo!".

photo.title

Łęcki pokazuje społeczną niechęć do żołnierzy wyklętych, lecz nawet nie sygnalizuje jej gospodarczo-ekonomicznych przyczyn. Zaznacza moralną niejednoznaczność niektórych czynów, by za chwilę rozwiać wątpliwości. Umieszcza w filmie współczesną klamrę, ale zamiast przyjrzeć się dyskursowi publicznemu z uwagą, ogranicza się do wątku stalinowskiego kata, nad którym w procesie triumfuje odznaczony przez prezydenta syn Józefczyka. Za "Wyklętym" ciągnie się fama dzieła subtelnego i zniuansowanego. Ale jeśli denuncjujący bohatera Żyd nazywa się Bauman, zaś lewicowa publicystyka znieważa w telewizji partyzantów, to wiedzcie, że jesteśmy co najwyżej w połowie drogi.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 45% uznało tę recenzję za pomocną (129 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)