Recenzja filmu Old Fashioned (2014)
Rik Swartzwelder

Przebudźmy się!

"Old Fashioned" to w gruncie rzeczy film religijny. Nie opowiada jednak o instytucjach kościelnych ani o dogmatach i suchych kanonach wiary. Bóg jest tutaj ukryty. Swartzwelder postanowił ...
Filmweb sp. z o.o.
Każda pokuta musi kiedyś się zakończyć. Za każdym cierpieniem kryje się szansa na szczęście. Na miłość wcale nie trzeba zasłużyć. Trzeba jednak działać, by nie przegapić okazji. Tak pokrótce prezentuje się Dobra Nowina filmu "Old Fashioned". Jego reżyser (i zarazem odtwórca jednej z głównych ról) Rik Swartzwelder postanowił przypomnieć widzom o tym, jak ważne są staroświeckie wartości i jak niewiele mają wspólnego z dewocją i ostentacyjną religijnością.

Bo "Old Fashioned" to w gruncie rzeczy film religijny. Nie opowiada jednak o instytucjach kościelnych ani o dogmatach i suchych kanonach wiary. Bóg jest tutaj ukryty. Swartzwelder postanowił przybliżyć ducha chrześcijańskiej wiary. Na żywych przykładach, w historii ludzi, z których losami można się identyfikować, pokazał, czym są tak naprawdę wiara, nadzieja, miłość – trzy filary egzystencji dobrego chrześcijanina.

Bohaterami przypowieści Swartzweldera są Clay i Amber. Naznaczeni cierpieniem otorbili się, broniąc się w ten sposób przed wstydem i poczuciem winy. Clay był kiedyś beztroskim młodzieńcem, lubił zabawy, dziewczyny. Jego działania raniły innych, ale długo nie widział w tym nic zdrożnego. Kiedy w końcu dotarło do niego, kim się stał, ogarnęło go przerażenie. Zmienił się nie do poznania, a lęk i poczucie winy sprawiły, że to, co miało być pokutą, z czasem przekształciło się w więzienne mury, za którymi jego dusza zaczęła marnieć. Amber na pierwszy rzut oka wydaje się przeciwieństwem Claya. Jest wolnym duchem, ciągle przenosi się z miejsca na miejsce. Za jej zachowaniem kryje się jednak dokładnie ta sama strategia przetrwania. Nomadyczny tryb życia ma chronić Amber przed byciem zranioną. Świadomość, że kiedyś opuści obecne miejsce zamieszkania, pozbawia ją nadziei, ale i ryzyka zawodu. A jeśli nawet przydarzy jej się coś złego, nie musi stawiać czoła konsekwencjom, po prostu zaczyna wszystko od zera, gdzieś daleko.

Spotkanie tej dwójki jest dla reżysera punktem wyjścia do lekcji życia, którą postanowił przekazać widzom. Twórca pokazuje, że każda drastyczna strategia obronna sprawdza się tylko w krótkim okresie czasu, nie może jednak stanowić sposobu na życie. Podobnie jak szałas, który, zbudowany na szybko podczas wycieczki po lesie, ochroni przed deszczem, ale nie będzie odpowiedni jako dom na stałe.
Swartzwelder przekazuje tę lekcję, posiłkując się najlepszymi rozwiązaniami wypracowanymi przez niezależne kino amerykańskie. Podstawę stanowi doskonale dobrana obsada. W mniejszym stopniu liczą się dla reżysera indywidualne umiejętności aktorskie, a w większym to, jak odtwórcy ról ze sobą współpracują. Nie znaczy to wcale, że aktorzy nie potrafią grać. Większość z nich sprawuje się bardzo dobrze, nawet osoby na drugim planie, choćby Dorothy Silver w roli ciotki Zelli czy Tyler Hollinger jako szowinistyczny kumpel głównego bohatera. Po prostu reżyser postawił nacisk na ekranową "chemię". Dzięki temu udało mu się sprawić, by widz uwierzył w prawdziwość historii.

Całość opowiedziana jest też prostym językiem, co okazuje się zbawienne w obliczu naiwności i ckliwości niektórych sekwencji. Brak nadmiernych zdobników w połączeniu z pięknymi i intymnymi zdjęciami tworzy rodzaj emocjonalnej manipulacji, której łatwo się poddać. Nie ma w tym bowiem nic z wyrachowania produktu powstającego w wielkich wytwórniach. Ta bezpretensjonalność i szczerość twórczych intencji chroni film przed atakami, dla których pretekstem mogą być liczne narracyjne klisze wykorzystywane przez reżysera. Swartzwelder korzysta z nich trochę z konieczności, a trochę dlatego że potrzebuje nadać całości pozory swojskości. Chce bowiem skrócić dystans do widza – tak, by oglądający odnalazł się w opowiadanej historii i bez trudu zrozumiał ukryte przesłanie.

Nie znaczy to wcale, że Swartzwelder chce kogokolwiek przekonać do swoich racji na siłę. Po prostu zrobił wszystko, by widz wysłuchał jego świadectwa. To przykład kina propagandowego, jakie sprawdza się najlepiej.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry