Recenzja filmu Kroniki portowe (2001)
Lasse Hallström

Przejmująca i piękna opowieść

Pierwsze kadry, pierwsze obrazy mogą zniechęcić, mogą sprawić, że chcielibyśmy wyjść z kina, gdyż chyba przez przypadek tu trafiliśmy. Razi nas marazm, wyobcowanie tego człowieka, całkowite ...
Filmweb sp. z o.o.
Pierwsze kadry, pierwsze obrazy mogą zniechęcić, mogą sprawić, że chcielibyśmy wyjść z kina, gdyż chyba przez przypadek tu trafiliśmy. Razi nas marazm, wyobcowanie tego człowieka, całkowite wyobcowanie w otaczającym go świecie. Brak celu w życiu, jakaś praca, która jest tylko zabiciem przemijającego czasu, poza tym pustka.

I oto zachodzi pełna metamorfoza, gdy przenosi się w nowe, pełne uroku miejsce - Nowa Funlandia. Pierwsze wrażenie nie jest zbyt miłe, jednak po chwili Quoyle uświadamia sobie, że mimo wszystko, choć na końcu świata pierwszy raz potrafi cieszyć się życiem, czerpać z niego garściami, potrafi się uśmiechnąć do córki, zapomnieć w pewien sposób o śmierci żony. Sprawić, że jego życie i praca, może mieć szczególną wartość, gdy poprzez to wszystko odnajduje w sobie nowego, znacznie pogodniejszego człowieka.

Właśnie praca w lokalnej gazecie "Pleciuga" sprawiła, że zaczął dostrzegać znacznie więcej, a "patrząc na głównego bohatera, zdajemy sobie sprawę, że życie musi być czymś więcej - inaczej będzie puste". Tych słów użyła Agnieszka Duda, pisząc o bardzo zbliżonym klimatycznie (w sensie dosłownym i w przenośni) filmie "101 Reykjavik".

Gdzieś po drodze Quoyle odnajduje również swoje szczęście w postaci drugiej kobiety, wychowującej tak jak on samotnie dziecko, a także ściera kurz z historii i odczytuje wstrząsające losy jego przodków. I tu współczesność przeplata się z przeszłością poprzez sugestywnie zarysowane obrazy, mroczne, lecz piękne. Każdy z nich podkreślony jest pełną uroku, podtrzymującą ten tajemniczy klimat, muzyką, pełną celtyckich rytmów. Jednym z takich obrazów jest duży, drewniany dom ciągnięty przez grupę ludzi po lodzie, dom, który kiedyś pofrunie!

Kevin Spacey wykreował interesującą rolę, nadając jej osobisty kształt, sprawiając, że właśnie on, a nie ktoś inny do niej się najlepiej nadawał. Tak, jak w "American Beauty", tak też teraz jego rola jest mocno zarysowana, pełna sprzeczności, ale jednocześnie bardzo przyjazna. Natomiast Lasse Hallström stworzył refleksyjny, głęboko osadzający się w świadomości obraz, wcześniej "Wbrew regułom" i "Co gryzie Gilberta Grape", będący adaptacją uhonorowanej Nagrodą Pulitzera powieści Annie Proulx pod tym samym tytułem. W filmie wystąpiły również Julianne Moore, Judi Dench i Cate Blanchett.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).