Recenzja filmu Na układy nie ma rady (2017)
Christoph Rurka

Przychodzi facet do ministra

Debiutujący za kamerą Christoph Rurka całą wiedzę o kinie i życiu wyniósł najpewniej z polskich kabaretów. Bez względu na to, czy obserwujemy propozycję korupcyjną, podglądamy bohaterów przy ...
Filmweb sp. z o.o.
O Marku Niewiadomskim (Grzegorz Małecki) faktycznie nic nie wiadomo, poza tym, że nie potrafi dobrać skarpetek, a kiedyś planował zrobić doktorat – wnioskując z jego perypetii, chyba z picia piwa przez słomkę. On sam również o niczym nie ma pojęcia, przez życie idzie jak dziecko we mgle – na plecach wisi mu zołzowata żona (Katarzyna Glinka), która wymarzyła sobie wakacje na Kanarach, długi jakoś same nie chcą się spłacić, a ilość kredytów rośnie wprost proporcjonalnie do frustracji. Kiedy zapobiegliwy scenarzysta stawia na jego ścieżce dawnego profesora, który namawia bohatera do objęcia wysokiego stanowiska w rządzie, Marek wkracza do krainy wielkich pieniędzy i jeszcze większego nepotyzmu. Z kolei reżyser dochodzi do odkrywczego wniosku, że polityka nie jest zabawą dla idealistów. Kto by pomyślał.

photo.title

"Na układy nie ma rady" to komedia należąca do gatunku filmów z Michałem Milowiczem (zanim wyciągniecie łańcuchy i zaostrzone kije – jasne, doceniam sztubacki majestat "Chłopaki nie płaczą", nie mam wyboru, też byłem w liceum). Po pierwsze, nie żartuję, trzecie skrzypce gra w niej sam Milowicz – facet, który jest zabawniejszy tylko ode mnie i którego piaski czasu zasypały nie bez powodu. Po drugie, twórcy biorą się za bary z polskim piekiełkiem politycznym, zaś strategię kija w mrowisku mylą ze strategią "kijem po głowie". Po trzecie, całość nakręcona jest tak, by politycznych elit ani za mocno nie połaskotać, ani nie podrapać – niektórzy powiedzą "bezpiecznie", ja powiem: na nogach z waty.

Pomijając Milowicza, nie ma w podobnej formule nic, czego nie dałoby się wybaczyć. O ile oczywiście film pokaże raz na jakiś czas satyryczny pazur, żarty zostaną napisane z minimalnym szacunkiem dla inteligencji widza, z kolei aktorzy będą prowadzeni przez osobę, która przynajmniej raz słyszała dyskusję prawdziwych ludzi. Tyle że debiutujący za kamerą Christoph Rurka całą wiedzę o kinie i życiu wyniósł najpewniej z polskich kabaretów. Bez względu na to, czy obserwujemy propozycję korupcyjną, podglądamy bohaterów przy kuchennym stole czy jesteśmy w samym środku policyjnej obławy, oglądamy festiwal czerstwych gagów, pozbawionych puenty dowcipasów i słownego ping-ponga, w którym za piłeczkę służy ołowiana kula. Większość scen mogłaby się zresztą rozpoczynać od "przychodzi facet do lekarza", bo polega z grubsza na rozmowach Niewiadomskiego z korowodem petentów. Szczytem żenady i zarazem przykrym dowodem na mizoginię twórców pozostaje epizod Marcina Kwaśnego, który próbuje ubezpieczyć bohatera od gwałtu na jego żonie. Panowie odrobili lekcje z amerykańskiej komedii scenicznej i zrozumieli, że żartować można ze wszystkiego. Zapomnieli tylko napisać dobry dowcip.

photo.title

Jeśli nawet mnie, człowiekowi dostającemu zapaści, kiedy wojownicy parytetów wymierzają sprawiedliwość widzialnemu światu, coś wydaje się mizoginiczne, to znaczy, że w filmie brakuje tylko nagiej i biczowanej przez kulturystów sufrażystki. Kobiety są tu albo bezdennie głupie, albo niepomiernie chciwe, najczęściej wydają się połączeniem obydwu tych cech. Faceci to z kolei albo poczciwe misie, albo cyniczni gracze, ewentualnie dobre chłopaki od wódeczki i zagryzki. Nawet aktorzy wydają się zagubieni w tej "komedii charakterów", gdyż nie widzę innego powodu, dla którego mechanicznie wygłaszane kwestie miałyby sąsiadować z posuniętą do granicy karykatury nadekspresją. Aha, sorry że dopiero teraz – za scenariusz odpowiada Piotr Czaja, ten od "Kac Wawy".  

Przełom nadchodzi w momencie, gdy Niewiadomski, nie mogąc znaleźć odpowiedniego kandydata na stanowisko grafika komputerowego, przyjmuje do pracy swojego krewnego. Ale nawet wtedy potencjalnie ciekawa opowieść o idealistach przechodzących na ciemną stronę mocy, zostaje zduszona w zarodku. Na układy jest więc rada i to całkiem oczywista: wystarczy pozostać sobą, a wszystko będzie dobrze – etyczny kręgosłup nie pęknie, a pieniądze zaczną spadać z nieba. Uff, teraz można już z czystym sumieniem wyrazić żal, że Niewiadomski nie istnieje. Gdyby było inaczej, być może nikt nie musiałby go wymyślać.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 89% uznało tę recenzję za pomocną (94 głosy).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 1/10 nieporozumienie