Recenzja filmu Po prostu przyjaźń (2016)
Filip Zylber

Przyjaźń nie wszystko wybaczy

"Po prostu przyjaźń", który pod wieloma względami przypomina gwiazdkowy megahit "Listy do M.". Jak mawiał jednak klasyk, nie każdy facet z widłami to Neptun. W porównaniu z pierwszymi "Listami" ...
Filmweb sp. z o.o.
Kosmiczny sukces cyklu "Listy do M." (ponad pięć milionów sprzedanych biletów!) sprawił, że TVN zainwestował w kolejne wielowątkowe, słodko-gorzkie komedie w gwiazdorskiej obsadzie. Stacja nie tylko zleciła realizację trzeciej części serii (premiera w listopadzie), ale weszła również w koprodukcję filmu "Po prostu przyjaźń", który pod wieloma względami przypomina gwiazdkowy megahit. Jak mawiał jednak klasyk, nie każdy facet z widłami to Neptun. W porównaniu z pierwszymi "Listami" jest tu znacznie mniej zgrabnie uszytych wątków oraz wdzięcznego humoru. Ponaddwugodzinny seans nie przyprawia o ból krzyża, nie wprawia w zażenowanie, ale nie dostarcza też większej frajdy. Chyba nie taki był plan minimum.


W filmie Filipa Zylbera przyjaźń niejedno ma imię. Ktoś zostaje poproszony o bycie dawcą nasienia. Ktoś inny zanurza się w muszli klozetowej, by zdobyć element garderoby należący do zagranicznej gwiazdy. Jedna komitywa zostaje wystawiona na próbę przez kobietę, druga z powodu pieniędzy. Każdy z bohaterów musi zmierzyć się z pytaniem, czy czasem warto skłamać w słusznej sprawie. A może prawdziwe kumplostwo polega właśnie na tym, by - cytując innego klasyka - prosto w twarz mówić najtrudniejszą z prawd?

Praca nad takim przedsięwzięciem jak "Po prostu przyjaźń" wymaga cyrkowej zręczności i krawieckiej precyzji. Fabularne nitki muszą się gładko splatać, każdy spośród licznego grona bohaterów domaga się jak najwięcej czasu ekranowego, a komedia i dramat powinny się harmonijnie uzupełniać. Scenarzystka Karolina Szablewska niby o tym wszystkim wie, ale nie do końca potrafi przekuć teorię w praktykę. Przede wszystkim trudno jest zrozumieć, dlaczego niektóre z jej postaci w ogóle chcą się ze sobą kumplować. Co łączy drętwego korpoludka z pstrokatą pańcią zafiksowaną na punkcie guzików celebrytów i tatuaży? Jak moralnie nieskazitelny profesor dogaduje się z szemranym cwaniaczkiem, który w dodatku namawia go do składania fałszywych zeznań? Wiadomo, przyjaźń potrafi łączyć różne osobowości i światy, ale w filmie trzeba to w jakiś sposób uzasadnić.

photo.title

Szablewska nie radzi sobie też z żonglowaniem kolejnymi wątkami - jedne kończą się nadspodziewanie szybko, inne - ot tak! - urywają się, by nagle powrócić po dłuższej przerwie. O ile pierwsza połowa filmu jest wartka i momentami autentycznie zabawna, o tyle w drugiej wyraźnie siada tempo, a atmosfera robi się coraz bardziej posępna, niemalże elegijna. Tymczasem aktorzy zdecydowanie lepiej czują się  w lżejszych scenach. Świetnie wypada zwłaszcza Bartłomiej Topa, który po serii  udanych ról dramatycznych wreszcie przypomniał sobie, że potrafi być przed kamerą komediowym zwierzęciem (pamiętacie go jako Zenka Pereszczakę ze "Złotopolskich"?). Sympatię budzi również emanujący wewnętrznym ciepłem Krzysztof Stelmaszyk, który wraz z młodziutkim Adamem Tomaszewskim stworzył wdzięczny ekranowy duet.

Są w tym filmie momenty zwiastujące coś znacznie lepszego. Wybuchowa kolacja Marcina Perchucia i Sonii Bohosiewicz, Magdalena Różczka biorąca na spytki babcię Annę Polony, uradowany Topa, który jak huragan wpada z dziecięcą wyprawką do apartamentu zaskoczonej przyjaciółki. Gdyby reszta przedsięwzięcia miała podobną energię i urok,  wyszłoby z tego kino rozrywkowe na dobrym poziomie. A tak jest po prostu poniżej oczekiwań.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 61% uznało tę recenzję za pomocną (67 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o