Recenzja filmu Resident Evil: Zagłada (2007)
Russell Mulcahy

Pustynna burza

Problemem filmów o zombie jest to, że po zrobieniu jednego takiego dzieła – każde następne wydaje się kalką poprzedniego. Bo co można wpleść w fabułę takiej produkcji, oprócz walki jednego ...
Filmweb sp. z o.o.
Problemem filmów o zombie jest to, że po zrobieniu jednego takiego dzieła – każde następne wydaje się kalką poprzedniego. Bo co można wpleść w fabułę takiej produkcji, oprócz walki jednego bohatera/bohaterki (lub całej ich grupy) z bezlitosnymi, wciąż jedzącymi – a mimo to wychudzonymi i gdzieniegdzie błyskającymi raz nagą kością, raz nagim jelitem – półtrupami. Oczywiście można zarysować wątek romantycznej miłości kiełkującej na tym jakże żyznym poletku (obowiązkowo jedno z zakochanych musi zginąć z rąk, czy może raczej ust zombiaka) lub też wmieszać w całą akcję niewyobrażalnie wielką i potężną korporację o tajemniczej i nic niemówiącej nazwie. Oczywiście można byłoby równie dobrze poruszyć na przykładzie zombie problem analfabetyzmu w krajach trzeciego świata lub też, stosując odpowiednie techniki montażu, zasymbolizować zagrożenia, jakie niesie za sobą nieprzestrzeganie przepisów BHP na stanowisku roboczym. Jednak do tych dwóch ostatnich wątków reżyserzy sięgają skrajnie rzadko.
               
Niejaki Russell Mulcahy, reżyser m.in. niezapomnianej "Klątwy Tutenchamona", wybrał jedno z tych rozwiązań i po wydaniu paru milionów dolców oczom naszym ukazuje się "Resident Evil: Zagłada", kolejna, trzecia już odsłona pogoni za trupem, lub jak kto woli – ucieczki przed trupem pięknej i tym razem w diablo długim płaszczu Milli Jovovich.
               
Fabuła filmu niczym nie zaskakuje: tak jak w poprzednich częściach bohaterka – Alice stara się:
a) ochronić jak najwięcej niewinnych ludzi, których darzy iście matczyną miłością,
b) zabić jak najwięcej pałętających się tu i ówdzie żywych trupów,
c) rozgromić supertajną i superpotężną organizację o swojsko brzmiącej nazwie: Umbrella.
Ale niech nie zwiedzie nas wydawałoby się żywcem wzięte z poprzednich części zajęcie naszej Alice. W "Zagładzie" rzecz dzieje się nie w zamkniętych i dusznych pomieszczeniach tajnych wojskowych baz, ale w oddychającej przestrzenią pustyni, którą na niezawodnym (do czasu) niemieckim motocyklu przemierza bohaterka. Posiada ona także nowe supermoce, które oprócz niszczenia własnego motocykla przydają się jej do bezwysiłkowego podnoszenia kamieni podczas szczególnie intensywnych marzeń sennych. Mało tego, mamy tu bezpośrednie nawiązanie do drugiej części "Residenta", spotkanie z dawnym znajomym – Carlosem, który wraz z charyzmatyczną Claire (Ali Larter z "Herosów") służy dachem swojego autobusu napotkanym ocalałym i, okupując to swą męczeńską śmiercią, pomaga niezrażonym niezarażonym ukraść helikopter, którym wyruszają do ponoć bezpiecznego, choć mroźnego miejsca. Tymczasem gdzieś głęboko w żyznych piaskach pustyni, w klimatyzowanym laboratorium pracuje dr Isaacs – przesiąknięty złem, okrutny i bezwzględny naukowiec, którego jedynym celem jest zadanie cierpienia jak największej ilości jak najmniej winnych istot ludzkich, a robi to pod płaszczykiem stworzenia szczepionki, dzięki której będzie można wykorzystać kłębiący się wokół pustynnej bazy tłum zombiaków jako ćwierćinteligentnych tanich robotników. Materiałem, z którego pochodzić ma surowica, jest nieprzeliczalna ilość boskich klonów boskiej Alice, które to jeden za drugim z powodu wielu prób kończących się niepowodzeniem lądują martwe w przybazowym rowie na trupy…
               
Demoniczny i zły Isaacs o sercu czarnym jak wnętrze lufy dubeltówki myśliwego Gugały zostaje jednak zarażony przez jednego z bardziej żywotnych i obrotnych zombie. Wstrzykuje sobie więc nieborak miksturę własnego pomysłu, aby stać się niezniszczalnym, niesamowicie silnym, ale mało przystojnym osobnikiem, którego życie zakończyć może (no i nie ukrywajmy – robi to) ubrana (pod płaszczykiem) w przykrótką, ale robiącą wrażenie sukieneczkę Alice.
               
Tak z grubsza wygląda fabuła trzeciej części "Resident". Trzeba jednak przyznać, że ogląda się te wszystkie niedorzeczności nadzwyczaj dobrze. W porównaniu do poprzedniej części, gdzie zdjęcia scen walk były tak chaotyczne, że głowa bolała już po trzecim ciosie nogą, tutaj mamy wszystko podane dynamicznie, ale bez bałaganu. Bardzo ładne "madmaxowskie" pustynne ujęcia, nieźle dograna muzyka i przede wszystkim wspaniała Milla Jovovich sprawiają, że połyka się ten film i zanim człowiek wyrzuci z siebie jakieś słówko dezaprobaty, pojawiają się napisy końcowe. Ta trzecia część ratuje serię, która w poprzednim obrazie stawała się nie do wytrzymania. Jeżeli następna część wyjdzie (a wyjść musi, bo zakończenia w "Zagładzie" nie uświadczyliśmy), to ja pomimo małej wartości edukacyjnej czy kulturowej się na nią piszę.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 77% uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).
chester07
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie