Recenzja filmu Teraz i w godzinę śmierci (2017)
Mariusz Pilis
Dariusz Walusiak

Różaniec jednego paciorka

Prosta sprawa z filmami typu "Teraz i w godzinę śmierci", bo spodobają się tym, którym mają się spodobać, a pozostali nie mają czego w nich szukać. Trudna sprawa z filmami typu "Teraz i w godzinę ...
Filmweb sp. z o.o.
Prosta sprawa z filmami typu "Teraz i w godzinę śmierci", bo spodobają się tym, którym mają się spodobać, a pozostali nie mają czego w nich szukać. Trudna sprawa z filmami typu "Teraz i w godzinę śmierci", bo wchodząc do kin, wystawiają się na krytyczny osąd, który ma się do nich jak pięść do nosa. "Teraz i w godzinę śmierci" nie jest przecież produkcją o aspiracjach artystycznych, to film wybitnie użytkowy. Zrobiony dla konkretnego – wierzącego – widza w konkretnym celu: umocnienia tejże wiary. Dyskusji nie będzie.  


Film Mariusza Pilisa i Dariusza Walusiaka opowiada o mocy różańca. Twórcy jeżdżą po świecie z kamerą i dokumentują kolejne świadectwa siły wiary. Austria, Filipiny, Majdan, Nigeria, Bałkany, Stany Zjednoczone – gdziekolwiek dzieje się źle, wsparcie i pocieszenie dla cierpiących niesie wiara. Różaniec, modlitwa, Matka Boska – jak słyszymy – ratują postrzelonych na froncie żołnierzy, obalają dyktatorów, ocalają z ludobójczej rzezi. W którymś momencie padają znamienne słowa: "to nie siła ludzi, to boża siła". Co tam ludzie.

W porządku: sprawa indywidualna, kto w co wierzy. Twórcy sadzają przed kamerą Nigeryjkę, która opowiada, jak wymknęła się z rąk rzeźników i gwałcicieli podczas brutalnej czystki chrześcijan. Kobieta jest przekonana, że ocaliła ją właśnie żarliwa modlitwa, a Pilis i Walusiak przyjmują to za dobrą monetę. Problem tylko w tym, że ich szlachetna intencja podkopana jest nieładną implikacją. Czy krewni i bliscy bohaterki, którzy nie przetrwali masakry, umarli, bo nie modlili się wystarczająco mocno? Nie ściskali różańca wystarczająco kurczowo, kiedy przyszli po nich oprawcy? Warunkując czyjeś ocalenie mocą jego wiary, dokumentaliści siłą rzeczy wprowadzają bardzo zerojedynkową wizję religii. Jakby tyle i tyle modlitw dawało życie, a tyle i tyle – już nie. 


Ale na tym polega problem: oczywiście, że "Teraz i w godzinę śmierci" jest filmem zerojedynkowym, bo reżyserom nie zależy na niuansowaniu, tylko na wzmacnianiu. Taka jest ich intencja, takie jest ich prawo. Stąd świątobliwy ton głosu narratora, który bez wahania szafuje wyrokami: "to jest dobro, to jest zło". Stąd obecność dyskusyjnych wypowiedzi kolejnych bohaterów. A to afrykański biskup stwierdza, że sekularyzm jest "demonem większym niż terroryzm", a to polski franciszkanin głosi, że Bruksela jest niczym "pustynia", gdzie brak Boga daje "zielone światło dla drugiej siły". Co kto lubi.

Ci, co lubią, polubią "Teraz i w godzinę śmierci". To film zrealizowany kompetentnie, bez żadnych artystycznych fajerwerków, zwykła reportażowa średnia. Prowadząca widza narracja z offu, wywiady do kamery, ilustrujące obrazki ze świata, podniosła ilustracja muzyczna; wiadomo. Styl, który nie ma generować żadnego fermentu na linii forma-treść, a raczej bezboleśnie, przezroczyście nieść przesłanie. Komu ono w smak, kto nie szuka w dokumencie sztuki, ten wygrał. Dla pozostałych: ocena poniżej.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 53% uznało tę recenzję za pomocną (40 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 2/10 bardzo zły
o