Recenzja filmu 28 tygodni później (2007)
Juan Carlos Fresnadillo

Realizm w sytuacji nierealnej

Wśród całej masy nic niewartych horrorów muszę przyznać, że film “28 Dni później” był na pewno jednym z lepszych i wartych uwagi pozycji. Dlatego właśnie miałem smaczek na kontynuację i do “28 ...
Filmweb sp. z o.o.
Wśród całej masy nic niewartych horrorów muszę przyznać, że film 28 Dni później był na pewno jednym z lepszych i wartych uwagi pozycji. Dlatego właśnie miałem smaczek na kontynuację i do 28 Tygodni później zasiadłem z zapartym tchem. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że będzie to dobry film, ponieważ: było napięcie grozy, jakie towarzyszyło nam w pierwszym “odcinku”, plus młody, był zdolny reżyser – Juan Carlos Fresnadillo (twórca bardzo udanego filmu Intacto), no i oczywiście moje ukochane “zombiaczki”. Przenieśmy się na chwilę do tego, co dzieje się w filmie.

Minęło 28 tygodni od czasu ataku śmiercionośnego wirusa. Wszystko wydaje się powoli wracać do normy. Na nowo zaludniane są wyczyszczone rejony Wielkiej Brytanii, a nad wszystkim czuwają gotowe na wszystko, bohaterskie oddziały armii USA (no bo kto inny). W całym tym tłumie ocalonych zostaje odnaleziona kobieta, której wirus “nie dał rady”, bowiem była ona jakimś cudem odporna na jego działanie. Tym samym stała się nadzieją dla ludzkości.

No niby niegłupie to wszystko, zasiadłem więc do oglądania, biorąc już poprawkę na to, że druga część, jak to zwykle bywa, będzie gorsza. Początek filmu w ogóle mnie nie rozczarował, co więcej - bardzo mi się podobał (bardziej niż pierwsza część). Od samego startu filmu jesteśmy świadkami szybkiej, zwrotnej akcji, niesamowita muzyka w tle sprawia, że momentami jesteśmy wbijani coraz głębiej w fotel. Cała ta oprawa potęguje napięcie grozy i jakże miły dla oka, mroczny klimat filmu.

Moje podekscytowanie dobiegło jednak końca w środkowej fazie filmu. Film staje się bowiem bardzo przewidujący, niczym nie zaskakuje (co uważam za oczywistą winę scenariusza). Było kilka udanych scen, jak na przykład motyw z noktowizorem w podziemiu, ale poza tym – szału nie ma.
Kolejna sprawa, jak to przeważnie ma miejsce, przyzwyczajeni jesteśmy do “kibicowania” tym dobrym bohaterom w filmie. Jednak w momencie, gdy na ekranie mojego TV pojawia się synek naszego bohatera, zaczynam dopingować zombim, aby wreszcie go schwytały i zakończyły tą farsę. No ale nie będę spoilerował i nie zdradzę, jak zakończy się walka pomiędzy stadem zombi a małym bezradnym chłopcem.

Jeśli chodzi o grę aktorską, to oceniam ją jak najbardziej poprawnie. Brawko mogę przyklasnąć Robertowi Carlyle’owi, który przyzwyczaił nas do “lekkich” (jeśli chodzi tu o gatunek) filmów, a tu najzwyczajniej w świecie – dał radę i to zupełnie przyzwoicie.

Co mnie powaliło? Realizm filmu. Cieszyłem się z tego jak dziecko. Nie ma bowiem bohaterów i herosów poświęcających swe życie dla dobra innych. Mamy za to realizm w obliczu zagrożenia, reżyser pokazuje nam, jak każdy z nas zachowałby się w takiej sytuacji - wszyscy martwią się o siebie. Mimo że amerykańscy żołnierze maja oko na sytuację, oszczędzono nam irytujących wstawek o honorze,  walce za ojczyznę, Boga, brata, chomika czy papugę. Chwała Ci, Panie Carlos, za to.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (30 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o