Recenzja filmu Bękarty diabła (2005)
Rob Zombie

Redneck Rampage

Kiedy w 2003 roku na ekrany kin wchodził debiutancki film Roba Zombie "Dom 1000 trupów" był już dziełem otoczonym swoistym kultem. Z nieoficjalnych informacji wynikało bowiem, że frontman White ...
Filmweb sp. z o.o.
Kiedy w 2003 roku na ekrany kin wchodził debiutancki film Roba Zombie "Dom 1000 trupów" był już dziełem otoczonym swoistym kultem. Z nieoficjalnych informacji wynikało bowiem, że frontman White Zombie nakręcił obraz tak makabryczny, krwawy i sadystyczny, że jego dystrybucji przez prawie 3 lata nie chciało się podjąć żadne z dużych studiów filmowych. Nic więc dziwnego, że choć "Dom 1000 trupów" okazał się ostatecznie produkcją nad wyraz średnią to sprzedał się tyle dobrze, iż bardzo szybko podjęto decyzję o nakręceniu jego drugiej części.
Niestety, powrót Roba Zombie za kamerę nie okazał się udany. "Bękarty diabła" choć technicznie lepsze do "Domu 1000 trupów", są produkcją nie posiadającą ani sensu, ani przesłania, ani - co za tym idzie - scenariusza.

Film rozpoczyna się tuż po wydarzeniach opowiedzianych w części pierwszej (jeśli ktoś nie oglądał, a ma zamiar wybrać się do kina, warto wybrać się do wypożyczalni DVD).
Do domu sadystycznej rodziny Firefly'ów przybywają stróże prawa gotowi wyprawić na tamten świat wszystkich członków zdegenerowanej familii. Z obławy uciec udaje się Otisowi i Baby, do których niebawem dołącza kapitan Spaulding. Cała trójka wyrusza w podróż do dawnego przyjaciela Spauldinga - alfonsa Charlie Altamonta, gdzie mają nadzieję znaleźć schronienie i pomoc. Ich tropem podąża szeryf John Wydell pragnący krwawo zemścić się na mordercach swojego brata (kto oglądał część pierwszą, ten wie, o co chodzi).

Choć nie zaliczam się do fanów "Domu 1000 trupów" mam świadomość tego, że debiutancki obraz Roba Zombie mógł znaleźć swoich miłośników. Oprócz potężnej dawki makabry i sadyzmu znalazło się w tym filmie wiele odwołań do kina grozy z lat 70. - od prościutkiej fabuły będącej wariacją na temat kultowej "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną" Tobe'a Hoopera począwszy a na sposobie realizacji skończywszy.
W "Bękartach diabła" Zombie postanowił pójść krok dalej. Rezygnując z prostoty, która paradoksalnie okazała się jednym z atutów jego debiutanckiej produkcji, zdecydował się rozwinąć historię rodziny Firefly, zmienić jej członków z jednowymiarowych sadystów w pełnoprawne postaci ludzkie a całość przedstawić w konwencji kina drogi. Niestety, nie za bardzo wiedział, jak ów pomysł wcielić w życie. W rezultacie "Bękarty diabła" nie okazały się ani dobrym horrorem (więcej tu obrzydzenia niż strachu), ani dramatem (rozterek duchowych bohaterów tu jak na lekarstwo), ani nawet solidnym filmem akcji (w pewnym momencie zaczynają zwyczajnie przynudzać).
Jedyne, czego w nowej produkcji Roba Zombie nie zabrakło to - oprócz krwi oczywiście - soczyste i gęsto przetykane przekleństwami dialogi. Dyskusja na temat wyższości braci Marx nad Presleyem, czy rozważania dziwki na temat fascynacji klientów "Gwiezdnymi wojnami" na pewno rozbawią tych, którzy odważą się wybrać na "Bękarty" do kina.

Swoją nową produkcją frontman White Zombie udowodnił, że jest znacznie lepszym filmowcem niż scenarzystą. O ile fabularnie film kuleje, o tyle od strony technicznej jest dużym krokiem naprzód w stosunku do "Domu 1000 trupów". Obraz w całości został zrealizowany na taśmie Super 16, co nadało mu specyficzny, "ziarnisty" wygląd charakterystyczny dla produkcji z 70. Większość ujęć nakręcono ręczną kamerą wzbogacając je zwolnionymi ujęciami, stopklatkami, czy nagłymi zbliżeniami. Wszystko to złożyło się na wyjątkowy, niepokojący styl filmu.

Wiele scen zostało zainscenizowanych tak, że na ekranie przypominają teledysk. W filmie wykorzystano standardy muzyki country w wykonaniu takich sław jak Lynyrd Skynyrd, The Allman Brothers Band, Kitty Wells, czy Otis Rush (soundtrack to jeden z największych atutów tej produkcji). Są one tłem dla dłuższych niekiedy sekwencji przedstawiających brutalne poczynania bohaterów wyraźnie skontrastowanych z emocjami płynącymi z muzyki. Najlepszym tego przykładem jest finałowa scena, dzięki której słowa standardu Lynyrd Skynyrd "Free Bird" nabierają nowego znaczenia.

Oprócz ucha do muzyki Rob Zombie ma również oko do aktorów. Niezapomnianą kreację w "Bękartach diabła" stworzył William Forysthe - niezwykle utalentowany, choć w moim przekonaniu niewykorzystany aktor mający na swoim koncie rolę m.in. w "Dawno temu w Ameryce", "Raising Arizona", czy "Dick Tracy".
Partnerują mu znani z "Domu 1000 trupów" Sid Haig, Bill Moseley i Sheri Moon Zombie. Obok nich w obsadzie pojawili się nowi artyści, m.in.: Leslie Easterbrook - jedna z gwiazd komediowej serii "Akademia policyjna", Michael Berryman ("Wzgórza mają oczy"), Ken Foree (oryginalny "Świt żywych trupów"), czy wreszcie Ginger Lynn Allen - legenda kina porno lat 80.

Niestety, ani ciekawy sposób filmowania, ani dobrze dobrana obsada, ani wpadająca w ucho ścieżka dźwiękowa nie zrobiły z "Bękartów diabła" filmu, na który warto byłoby wydać 20 złotych na bilet. Najnowsza produkcja Roba Zombie jest obrzydliwa i makabryczna (w końcu tego wszyscy oczekiwali), ale przy tym wszystkim mocno bezsensowna, nudnawa i fabularnie nieporadna. Szczerze nie polecam.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 28% uznało tę recenzję za pomocną (54 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o