Recenzja filmu Szkoła rocka (2003)
Richard Linklater

Rock nie umarł!

Dewey Finn (Jack Black) jest gitarzystą w założonym przez siebie zespole No Vacancy. Spóźnianie się, skłonność do 20-minutowych solówek i silenie się na bycie gwiazdorem pewnego dnia powodują, iż ...
Filmweb sp. z o.o.
Dewey Finn (Jack Black) jest gitarzystą w założonym przez siebie zespole No Vacancy. Spóźnianie się, skłonność do 20-minutowych solówek i silenie się na bycie gwiazdorem pewnego dnia powodują, iż jego koledzy grzecznie aż stanowczo usuwają go z muzycznej drużyny. I to niedługo przed konkursem Bitwa Zespołów, który miał otworzyć Finnowi drogę do wielkiej kariery a przede wszystkim do zdobycia funduszy. Pozostawiony bez perspektyw osiągnięcia muzycznego sukcesu i zdobycia pieniędzy, które m.in. mógłby przeznaczyć na zapłacenie zaległego czynszu, bohater decyduje się na ryzykowne posunięcie - podając się za swojego współlokatora, zarabiającego na życie jako "nauczyciel na zastępstwo", obejmuje przewidzianą na sześć tygodni funkcję wychowawcy w prestiżowej szkole podstawowej. Nie ma pojęcia w co się pakuje i w ciągu 7 godzin pracy nie robi nic poza uporczywym zerkaniem na zegarek i wyczekiwaniem końca zajęć. Tak jest do czasu, gdy odkrywa, że ma do czynienia z małymi geniuszami muzycznymi. W tajemnicy przed surową dyrektorką i jeszcze bardziej wymagającymi rodzicami formuje ze swych podopiecznych grupę rockową, szaleńczo widząc w nich szansę na pokonanie konkurencji w zbliżającej się Bitwie Zespołów...

"Szkoła rocka" to przede wszystkim popisowa rola Jacka Blacka, który po prostu szaleje na ekranie. Aktor bezbłędnie odnajduje się w towarzystwie dziesięciolatków, bo tak naprawdę sam jest dużym dzieckiem, tyle że... trochę wyrośniętym. Wydaje się, że swoją tuszą i nietypową dla Hollywood bezkompromisową postawą jest zaprzeczeniem ideału filmowej gwiazdy. Okazuje się jednak, że potrafi z łatwością zawładnąć widownią a oglądanie jego ekranowych dowcipów i wybryków, jakkolwiek głupie czy obleśne by one nie były, może być prawdziwą przyjemnością.

Film ten to jednak nie tylko komedia. Bije z niego bowiem prawdziwa pasja rocka. I nie chodzi tu bynajmniej o popularyzowanie zakorzenionego w umysłach dużej części społeczeństwa hasła "sex, drugs & rockandroll". Z powodu udziału dzieci jak i typowej dla Ameryki politycznej poprawności takie hasła nie mogły przecież w filmie zaistnieć. Chodzi tu wyłącznie o muzykę i rocka pomyślanego jako wolność jednostki, swoboda w wyrażaniu swoich myśli i uczuć. I tego właśnie Dewey uczy, zresztą z dobrym skutkiem, swoich podopiecznych.

Amerykanie - zarówno krytycy jak i widzowie oszaleli na punkcie tego filmu i pieją z zachwytu. Przeglądając ich recenzje natknęłam się nawet na tak niezwykłe wypowiedzi jak ta, że "Szkoła Rocka" jest produkcją familijną na miarę "The Goonies" czy też porównanie mówiące o tym, że jest to komediowa wersja "Stowarzyszenia Umarłych Poetów", w której nauczyciel zamienia książkę na gitarę. Obie są mocno przesadzone.

Jeśli o mnie chodzi, zdecydowanie wolę bezkompromisowy i często niewybredny humor w stylu braci Farrellych. Oglądając "Ja, Irena i ja" czy też "Płytkiego faceta" (także z udziałem Blacka) bawiłam się do łez, choć o obu można powiedzieć wyłącznie to, że są "tak głupie, że aż śmieszne". Takiego humoru nie znajdziecie w "Szkole rocka", bo to kino pomyślane jako rozrywka familijna. Dzięki temu będziecie jednak mogli wybrać się do kina całą rodziną i choć na chwilę zapomnieć o międzypokoleniowych barierach. Jest szansa, że po obejrzeniu filmu wychowana na popowych papkach i technicznych brzmieniach młodzież choćby z ciekawości sięgnie po płytkę Led Zeppelin czy Pink Floyd. Lub przynajmniej podyskutuje o muzyce ze swoimi rodzicami. A to już będzie prawdziwy sukces.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 91% uznało tę recenzję za pomocną (35 głosów).
o