Recenzja filmu Strażnicy Galaktyki vol. 2 (2017)
James Gunn
Waldemar Modestowicz

Rodzinny interes

Żelazna zasada Fabryki Snów mówi: jeśli coś chwyciło za pierwszym razem, powinno chwycić także za drugim. W "Strażnikach 2" nie mogło więc zabraknąć atmosfery rodem z kina Nowej Przygody, masy ...
Filmweb sp. z o.o.
Ledwie się człowiek otrząsnął z rodzinnych dramatów "Szybkich i wściekłych", a na ekran zmierza już kolejna patchworkowa familia z problemami. Strażnicy Galaktyki – bo o nich oczywiście mowa – wciąż są niezrównani, kiedy mają np. przerobić kosmiczną kałamarnicę na spaghetti frutti di mare. Gorzej, gdy dla dobra grupy trzeba choć na moment poskromić zgubne ciągoty, ambicje lub gniew. Jeśli pod jednym dachem mieszka grupa indywidualistów z gwałtownym temperamentem, byle błahostka może wywołać katastrofę. I właśnie o tym traktuje nowy film Jamesa Gunna: o niełatwej sztuce podtrzymywania domowego ogniska.

photo.title

Galaktyczna afera służy tu głównie jako okazja do zafundowania każdemu ze strażników porcji rodzinnej psychodramy. Peter spotyka zaginionego ojca, Gamorra drze koty z przybraną siostrą Nebulą, Drax wciąż wraca do wspomnień o nieżyjących bliskich, a Yondu cierpi z powodu odrzucenia przez kamratów. Wszystko to sprawia, że bohaterowie wydają się żyć w stanie permanentnego wrzenia. Częściej krzyczą, niż mówią, obrzucają się niewybrednymi epitetami, a różnice zdań rozstrzygają najchętniej przy pomocy pięści albo naładowanej rakietnicy. Choć reżyser portretuje większość zwarć z właściwym sobie poczuciem humoru, zdarzają się momenty, gdy śmiech więźnie w gardle. Choćby w scenie, w której drużynowy niemowlak, Baby Groot, zostaje sponiewierany przez bandę zalanych mętów. "Strażnicy galaktyki vol. 2" w porównaniu z jedynką są jak "Indiana Jones i Świątynia zagłady" przy "Poszukiwaczach Zaginionej Arki". To wciąż lekkostrawne kino rozrywkowe, ale więcej w nim sadyzmu, ryzykownych żartów oraz mroku przebijającego się spod bajecznie kolorowej wizji kosmosu.
 
Żelazna zasada Fabryki Snów mówi: jeśli coś chwyciło za pierwszym razem, powinno chwycić także za drugim. W "Strażnikach 2" nie mogło więc zabraknąć atmosfery rodem z kina Nowej Przygody, masy jajcarskich odniesień do popkultury (głównie z lat 80.) oraz złotych przebojów na ścieżce dźwiękowej. Efektowne ornamenty to jednak nie wszystko. Pierwsi "Strażnicy" wyglądali i brzmieli inaczej niż dotychczasowe ekranizacje komiksów Marvela, ale ich największą siłą byli świetnie napisani bohaterowie. Tutaj jest podobnie. Nawet gdy Gunn cytuje Hitchcockowski klasyk "Północ – północny zachód", nie chodzi mu jedynie o puszczenie oka do kinomanów. Ważniejsze wydaje się zobrazowanie skrajnych uczuć, jakie targają parą postaci. W podobny sposób reżyser podchodzi do piosenek, których podstawowym zadaniem jest opisanie tego, co akurat gra herosom w duszach (zwróćcie uwagę, jak fenomenalnie "klei się" ze zdarzeniami na ekranie wykorzystany dwukrotnie numer Fleetwood Mac "The Chain"). Co ciekawe, o ile w jedynce show bezapelacyjnie należał do furiata Rocketa i dobrotliwego osiłka Groota, o tyle w kontynuacji na największą gwiazdę wyrasta niespodziewanie błękitnoskóry twardziel po przejściach – Yondu (Michael Rooker). Nieźle sprawdzają się również debiutujące w ekranowym uniwersum Marvela panie: dumna i uprzedzona królowa Ayesha (ucharakteryzowana na modłę "Metropolis" Elizabeth Debicki) oraz potrafiąca wyczuwać cudze emocje Mantis (Pom Klementieff).

photo.title

"Vol. 2" nie jest może tak równym filmem jak oryginał. Intryga wydaje się tym razem pretekstowa, a w przegadanym środkowym akcie wyraźnie siada tempo. Słabości z nawiązką wynagradza jednak wyśmienity finał, który w równym stopniu zachwyci miłośników wystawnych ekranowych rozrób i melodramatów. W samym środku orgii efektów specjalnych rozgrywa się bowiem chwytająca za serce opowieść o odkupieniu win oraz odkrywaniu istoty ojcostwa. Kiedy w ostatnich minutach filmu z kinowych głośników rozbrzmiewa utwór Cata Stevensa "Father and son", widzowi nie pozostaje nic innego, jak ukradkiem otrzeć łzy wzruszenia i uzbroić się w cierpliwość. Perspektywa choćby kilku miesięcy w oczekiwaniu na kolejną wizytę w marvelowskiej galaktyce (tym razem w "Thorze: Ragnarok") wydaje się po prostu nieznośna.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (214 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)