Recenzja filmu Plan B (2010)

Romantyczna impotencja

  • recenzja kinowa Plan B (2010)
Jeśli w planach na wieczór miałaś/miałeś wyjście do kina na "Plan B" Alana Poula, lepiej pomyśl o planie C. Komedia amerykańskiego reżysera jest bowiem filmem cholernie uciążliwym, mało śmiesznym i całkowicie pozbawionym polotu. Opowieść o kobiecie, która "chciała, ale się bała", jej ciążowych rozterkach i matrymonialnych wirach to obraźliwy obraz płci pięknej utkany z różnorakich stereotypów.

Zoe (wiecznie trzydziestoletnia Jennifer Lopez) nie ma łatwego życia. Nie może go mieć, bo jest romantyczką ze skłonnością do histerii. Wymarzony rycerz na białym koniu wciąż się nie pojawia, a śmiałkowie, którzy próbują zdobyć serce Zoe, okazują się mało przekonujący. Kiedy więc urodziwą kobietą zaczynają targać hormony i macierzyńskie instynkty, decyduje się ona opuścić swe komnaty i skorzystać z usług banku nasienia. Sęk w tym, że niedługo po odtrąbieniu zapłodnieniowego sukcesu na jej drodze pojawia się "ten jedyny", Stan (jak zawsze szelmowski Alex O'Loughlin), a wraz z nim – rozterka: jak powiedzieć mu o ciąży.

Witajcie w świecie wyświechtanych klisz, zgranych schematów i wszechobecnego banału. Oto "Plan B", film rozczarowujący nawet tych, którzy niewiele obiecują sobie po jego lekturze. Słabiutka zwykle Jennifer Lopez tym razem dokonuje aktorskiego blamażu, filmowe dowcipy przypominają tanie sitcomy, a dialogi są kompilacją babskiego ględzenia (kwestie kobiece) i obleśnego bajeru (kwestie męskie). W świecie stworzonym przez Alana Poula wszystko zdaje się bezkształtne i bezpieczne, bo zupełnie pozbawione charakteru. Nawet filmowe piosenki dobrane są tak, by żadna nutka, ani żaden tekst nie zapadł w pamięć na dłużej niż kilka sekund. Zasada nie rzucania się w oczy działa – o "Planie B" zapomina się jeszcze w trakcie seansu.

Twórcy filmu patrzą na świat przez krzywe zwierciadło. Kobiety są tutaj ogłupiałymi miłośniczkami zakupów, których życie sprowadza się do oczekiwania na swojego wybawcę oraz wspólnego kontemplowania nowych rozstępów, dodatkowych kilogramów i pojawiającego się znienacka cellulitu. Szczególnie źle wypadają natomiast kobiety w ciąży. Te ostatnie u Poula podobne są do wiejskich głupków – niby pocieszne, ale też bezdennie głupie i ciut niebezpieczne.

Ale tym, co podczas oglądania "Planu B" razi najbardziej, nie jest wcale mizoginizm Poula, ale jego artystyczna i rzemieślnicza nieudolność. Reżyser tej romantycznej komedii nie jest w stanie zdobyć się na jakąkolwiek samodzielność, budując opowieść z nieświeżych składników. Szkoda, bo zamiast lekkiej, wakacyjnej lektury stworzył jedną z miliona B-klasowych romantycznych komedii. Ani śmieszną, ani romantyczną.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 56% uznało tę recenzję za pomocną (107 głosów).
o