Recenzja filmu Pan życia i śmierci (2005)
Andrew Niccol

Rozbroić polityków

Pochodzący z Nowej Zelandii Andrew Niccol powoli wyrasta na charyzmatycznego twórcę w bezwzględny sposób obnażającego istotne problemy i bolączki współczesnego społeczeństwa. Jego produkcje ...
Filmweb sp. z o.o.
Pochodzący z Nowej Zelandii Andrew Niccol powoli wyrasta na charyzmatycznego twórcę w bezwzględny sposób obnażającego istotne problemy i bolączki współczesnego społeczeństwa. Jego produkcje zliczyć można na palcach jednej ręki, niemniej wszystkie z nich są przemyślane i warte uwagi. Już w pierwszym swoim filmie (najpoważniejszym gatunkowo ze wszystkich) - "Gattaca - Szok przyszłości" - wziął się za bary z nie byle czym, bo kwestią genetycznych eksperymentów. W powstałym wg jego scenariusza "Truman Show" obnażony został charakter współczesnych mediów jak i widzów. Media i kreowana przez nie rzeczywistość to także motyw przewodni wyreżyserowanej przez Niccola prześmiewczej satyry "S1m0ne". W swej najnowszej produkcji - "Panu Życia i Śmierci" - Nowozelandczyk kieruje kamerę w stronę wojen i korzyści, które czerpie z nich człowiek.

Bohater filmu - ukraiński emigrant Jurij Orłow (Nicolas Cage w doskonałej formie) - trudni się nielegalnym handlem bronią. Jego filozofia sprzedaży na myśl przywodzi postać Milo Minderbindera z "Paragraf 22" Josepha Hellera. Podobnie jak on, Orłow nie przywiązuje wagi do tego, co i komu sprzedaje. Ważne by klient był zadowolony, a kabza pełna. Ta, serwowana w mocno doprawionym czarnym humorem sosie, ideologia to kręgosłup, wokół którego Niccol buduje strukturę filmu. Krok po kroku wprowadzani jesteśmy w tajniki trudnego i męczącego fachu jakim jest handel bronią. Nie dość, że główny bohater musi latać z jednego końca świata na drugi, mieć pod ręką pokaźną sumę dolarów na łapówki i od czasu do czasu obcować ze śmiercią, to jeszcze życie zatruwają mu, naiwnie wierzący w wyższość dobra nad złem, agenci Interpolu. Jednak niedogodności te są do zniesienia wobec gigantycznych zysków jakie oferuje ten segment rynku. O tym, że wojna to najlepszy interes, wiadomo przecież nie od dziś.

Celem zobrazowania świata, w którym prowadzi swoje interesy Orłow, twórcy filmu odtworzyli wojenną scenerię dbając nawet o tak niewielkie detale jak łuski po nabojach skrzętnie pokrywające miejsca walk. Niezwykle drobiazgowa scenografia Jean-Vincenta Puzos, dramatyczne zdjęcia Amira M. Mokri i, bogato okraszona wpadającymi w ucho przebojami, ścieżka dźwiękowa pozwoliły na wykreowanie świata, który, przy całej swojej brutalności, ma w sobie jednak coś z reklamowych folderów biur turystycznych. Może wycieczkę w ostrzeliwany region Ameryki Południowej? - zdają się pytać autorzy filmu i dają nam do zrozumienia, że konflikt zbrojny stał się dla dzisiejszego widza czymś powszednim. Mamy go w kinach, wiadomościach, gazetach, grach komputerowych. To nieodłączna część współczesnej kultury.

Cynizm oraz moralne zobojętnienie na śmierć i tragedie milionów ofiar wojen poległych od sprzedawanej przez Orłowa broni mogłyby i powinny czynić z niego postać odrażającą. Czy byłaby to jednak odraza właściwie ukierunkowana? - pyta przewrotnie reżyser. Orłow to bowiem nic nieznacząca płotka wobec prawdziwych handlarzy jakimi są Państwa i wybierani przez nas do kierowania nimi politycy. Broń to jeden z głównych towarów eksportowych USA, Rosji, Chin i innych mocarstw zasiadających w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Niedawno na ekranach kin gościł wojenny dramat Luisa Mandoki "Głosy niewinności" ilustrujący problem udziału dzieci w konfliktach zbrojnych. Choć film Mandokiego i dzieło Niccola różni forma to oba dotykają tej samej tematyki: społecznego przyzwolenia na zbrodnie, które rozgrywają się poza naszym horyzontem. Zespół Dezerter śpiewał kiedyś "Wszyscy walczą o pokój, aż się leje krew". Niccol mówi: skierujmy naszą uwagę na naszych politycznych reprezentantów, każmy im skończyć głupie zabawy. Zacznijmy się im przyglądać i zadawać niewygodne pytania. Z tego miejsca niedaleko mu już do niepokornego filmowca-kontestatora Michaela Moore'a. Problem jednak w tym, że większość widzów woli podglądać Trumana Burbanka, a niewirtualną rzeczywistość zostawić własnemu biegowi.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie