Recenzja filmu Kod da Vinci (2006)
Ron Howard

Rozczarowanie i porażka

"Kod Leonarda da Vinci" Dana Browna, bardzo szybo stał się popkulturowym fenomenem, lądując na samym szczycie listy bestsellerów New York Timesa i zyskując ogromną popularność wśród czytelników. ...
Filmweb sp. z o.o.
"Kod Leonarda da Vinci" Dana Browna, bardzo szybo stał się popkulturowym fenomenem, lądując na samym szczycie listy bestsellerów New York Timesa i zyskując ogromną popularność wśród czytelników. Krytycy zarzucali pisarzowi grafomaństwo, a czytelnicy i tak sięgali po książkę zawierającą kontrowersyjne teorie. Dzieło Browna podzieliło czytelników na tych, którzy uważali, że napisał on niezwykle bełkotliwą książkę i tych, dla których "Kod" był sprawnie napisaną i trzymającą w napięciu, sensacyjno-kryminalną powieścią. Tylko kwestią czasu było kiedy powieść zostanie zekranizowana. I stało się. Sony Pictures kupiło od Dana Browna prawa do książki za ogromną kwotę 6 mln$. Budżet filmu sięgnął 125 mln$, a na reżysera wybrano mającego na swoim koncie statuetkę Oskara - Rona Howarda. Całość zasiliły światowe gwiazdy kina z Tomem Hanksem na czele.

Czy "Kod Da Vinci" to dobry film? Niestety nie. Jest to wina przede wszystkim słabej reżyserii Rona Howarda i scenariusza autorstwa Akivy Goldsmana. Pan Goldsman popełnił zasadniczy błąd, starając się być wiernym książce, która bynajmniej nie należała do arcydzieł literatury, ale przynajmniej potrafiła zaciekawić. Tymczasem, filmowa wersja "Kodu" jest nieporozumieniem. W obrazie Howarda zabrakło napięcia i dramaturgii, a bełkotliwe wywody profesora Langdona wydają się ciągnąć w nieskończoność niczym włoskie spaghetti. Cóż z tego, że zaczyna się od trzęsienia ziemi, jeżeli już pierwszej scenie, scenie zabójstwa Saunière'a, brakuje jakiegokolwiek dramatyzmu. I tak jest z większością scen, które w książce sprawiały, że nie można było się od niej oderwać, zaś w filmie zostały zrealizowane bez polotu. Wszyscy chyba pamiętają książkowy moment, gdy Langdon i Sophie przychodzą do banku odebrać przedmiot ze skrytki. Trzymał w napięciu, prawda? W filmie nici z tego. Brakuje napięcia w kluczowych scenach, a nade wszystko atmosfery wielkiej tajemnicy.

Ładnie prezentują się historyczne retrospekcje, ale nie posuwają akcji do przodu. Ot, taka wizualizacja słów bohaterów filmu. Nie wiem czy aż tak bardzo potrzebna, ale na pewno urozmaicająca produkcję Howarda. Nie do końca sprawdza się techniczna strona filmu. O ile trudno coś zarzucić zdjęciom czy scenografii, tak już muzyka Hansa Zimmera nie należy do najmocniejszych elementów. Na płycie brzmi świetnie, ale w filmie nie jest dobrym kompanem dla obrazów, które oglądamy. Jednym z nielicznych momentów, gdzie muzyka została dobrana wręcz perfekcyjnie, są ostatnie sceny z udziałem Langdona. Możemy wtedy usłyszeć finałowy utwór zatytułowany "Chevaliers De Sangreal". Ah, gdyby chociaż połowa filmu posiadała magię tej sceny...

Tom Hanks wydaje się być odpowiednim kandydatem do roli Roberta Langdona, ale gra dwukrotnego zdobywcy Oskara nie przykuwa widza do ekranu. Jego Langdon nie jest zbyt charyzmatycznym bohaterem. Audrey Tautou także nie pokazała nic wielkiego, aczkolwiek zagrała na tyle poprawnie i wyraziście, że chyba raz na zawsze udało jej się zerwać z wizerunkiem Amelii. Z kolei Paul Bettany miał trudne zadanie, ponieważ musiał się wcielić w postać tragiczną, jaką w powieści jest Silas. Niestety, scenariusz nie pozwolił angielskiemu aktorowi w pełni rozwinąć skrzydeł, w efekcie czego Silas wypada znacznie bardziej intrygująco w książce niż w filmie. Także tragizm tej postaci lepiej został uwidoczniony u Browna, aniżeli u Howarda. Ciężko jest coś napisać o Jeanie Reno. Ograniczę się do stwierdzenia, że jego rola zgadza się z książkową postacią, której zresztą był pierwowzorem. Także o grze Alfreda Moliny nie mogę zbyt wiele powiedzieć, ponieważ jego rola nie była należycie rozbudowana.

Sir Ian McKellen jest jedynym aktorem, który zdołał coś pokazać i który nie zawiódł oczekiwań względem granej przez siebie postaci. Jego bohater jest żywy, zupełnie inny w przeciwieństwie do sztucznego Langdona. McKellen kreuje postać ekscentrycznego Sir Leigh Teabinga z taką łatwością i lekkością, że ręce same składają się do oklasków.

"Kod Da Vinci" to słaba ekranizacja nie do końca udanej, ale jednak momentami interesującej książki. W obraz ze stajni Sony Pictures włożono duże pieniądze, zatrudniono sławnego reżysera i iście gwiazdorską obsadę. Wystarczyło to do osiągnięcia komercyjnego sukcesu, bo o artystycznym nie może być mowy. Myśląc o filmowej ekranizacji "Kodu Leonarda da Vinci", przychodzą mi do głowy dwa słowa: rozczarowanie i porażka.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 39% uznało tę recenzję za pomocną (33 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (8)

zobacz wszystkie