Recenzja filmu Kraina miodu i krwi (2011)
Angelina Jolie

Rozprawka o bólu

Jolie bardzo się starała. I dobrze. Niestety jej starania widać aż nazbyt wyraźnie. Szkoda, bo zamiast prawdziwej opowieści o ludziach wyszła filmowa pogadanka o trudnej przeszłości, dęty ...
Filmweb sp. z o.o.
Gdy "Krainę miodu i krwi" pokazano na festiwalu w Berlinie, głosy krytyki były umiarkowanie sceptyczne. W kolejnych recenzjach czuć było pewien paternalistyczny ton – że oto ładna aktorka znana z kolorowych okładek zrobiła sobie film, który nie jest tak koszmarny, jak się spodziewaliśmy. Była w tych reakcjach zarówno pryncypialność i taryfa ulgowa. Jeśli jednak spojrzymy na debiutancki film Jolie z chłodną uczciwością, zobaczymy na ekranie dzieło mizernej jakości. Jolie jest jak poprawny uczeń – pisze wypracowanie według reguł, stara się, by niczego nie sknocić, a nawet sili się na coś więcej. Koniec końców otrzymujemy jednak zgrzebne wypracowanko, grzeczne, pozbawione życia i błysku.


Opowieść o wojnie w Bośni utkana została z realistycznych obserwacji i melodramatycznych schematów. Na pierwszy plan wybija się jednak historia trudnej miłości Ajli i Danijela, bośniackiej malarki i serbskiego oficera. Ona jest wolnym artystycznym duchem, on – niemłodym chłopcem zniewolonym przez wizje despotycznego ojca-generała. Spotykają się w klubie, tańczą, bawią, zakochują w sobie. Sielską scenę rodem z love story przerywa wybuch bomby, która rozpoczyna najbardziej krwawy europejski konflikt od czasów II wojny światowej. Kończą się sentymenty, zaczyna okrutna proza wojennej codzienności. Jolie niczego nam nie oszczędza: mamy filmowane z zaskakującą dosłownością gwałty, zabójstwa dzieci, upokarzanie starszych kobiet i masowe mordy. Jest bezsensowna przemoc, przekwitły nacjonalizm, który prowadzi do zbrodni, obojętność Zachodu i kilka militarystycznych scen.

Jolie co chwilę rozpoczyna nowe wątki, by po chwili porzucić je zupełnie nieświadomie. Nie bardzo wiadomo, po co w jej filmie karykaturalne obrazy przedstawiające bośniacki ruch oporu (bodaj siedmioosobowy) i szpiegowska intryga, która w ogóle nie dostaje szansy, by zaistnieć. Początkująca reżyserka popełnia bowiem grzech powszechny wśród debiutantów: jest nadgorliwa, próbuje powiedzieć zbyt wiele i nie potrafi narzucić sobie artystycznej dyscypliny. Zapewne dlatego w jej filmie postaci sprawiają wrażenie marionetek wyrażających zaprogramowane cechy i postawy. Nie ma tu psychologicznej prawdy, jest jedynie pokraczny moralitet i melodramat, który zupełnie nie porusza.


Opowiadając o bałkańskim konflikcie, hollywoodzka gwiazda skupia się na dramatycznych losach bośniackich kobiet. Nie próbuje nawet zrozumieć, skąd wzięła się ta wojna, gdzie tkwią jej korzenie (wbrew intuicji Jolie nie pojawiła się znikąd). W "Krainie miodu…" wszystko jest proste. Koszmarne i przerażająco dotkliwe, ale jednak proste i deklaratywne. Bo Jolie nie opowiada o ludziach, ale o wojnie, politycznym, socjologicznym i medialnym zjawisku. Ludzie potrzebni są jej jedynie po to, by zilustrować przyjęte uprzednio tezy. I podczas gdy brak tu życia, reżyserskiej pretensjonalności jest aż nadto: Jolie poluje na efektowne ujęcia; zatrzymuje kamerę nad pobitą kobietą leżącą na śniegu; kontempluje taniec nagiej dziewczyny i żołnierza; wyraziście akcentuje i szuka efektownych nawiązań (stylizuje Danijela na Ralpha Fiennesa z "Listy Schindlera").

Jolie bardzo się starała. I dobrze. Niestety jej starania widać aż nazbyt wyraźnie. Szkoda, bo zamiast prawdziwej opowieści o ludziach wyszła filmowa pogadanka o trudnej przeszłości, dęty moralitet i dość fałszywy obraz bałkańskiej rzeczywistości. Plastikowy obraz świata zbroczonego krwią.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 45% uznało tę recenzję za pomocną (77 głosów).