Recenzja filmu Moje wakacje z Rudym (2016)
Kriv Stenders

Rudy i ja

Wiele filmów o czworonogach ("Biały kieł", "Marley i Ja", "Mój przyjaciel Hachiko") zdążyło nas już przyzwyczaić, że ich bohaterowie naznaczeni są jakąś rozdzierającą serce i trudną do ...
Filmweb sp. z o.o.
Miłośnicy "Przygód Rudego" na pewno nie raz zastanawiali się, co działo się z tytułowym psem, zanim trafił do miasteczka, w którym podbił serca wszystkich mieszkańców. Sześć lat po oryginale do kina trafia film, który uspokaja wszystkich zaniepokojonych – w "Moich wakacjach z Rudym" okazuje się, że tytułowy Rudy aka Red aka Blue miał kiedyś oddanego właściciela i wiódł szczęśliwy żywot na farmie z dala od cywilizacji. Wyjazd chłopca, który się nim opiekował, sprawił jednak, że psiak zaczął szukać dla siebie nowego miejsca. Jeśli widzieliście hit z 2011 roku, wiecie już, co było dalej. 


"Wakacje z Rudym" rozpoczynają się sprytnym wprowadzeniem, w którym poznajemy pewnego zapracowanego pana domu o imieniu Michael (Jason Isaacs) i dowiadujemy się, że aktualnie negocjuje on ze swoim starszym synkiem możliwość adoptowania psa. Mężczyzna jest oczywiście przeciwny tej decyzji. Jego nastawienie zmieni seans filmu... o jego własnym czworonogu sprzed lat. Bohaterowie oglądają w domyśle "Przygody Rudego", a w Michaelu budzą się wzruszające wspomnienia. Ostatecznie mężczyzna przełamuje swoją zatwardziałą postawę i zaczyna snuć opowieść o tym, jak znalazł tego czerwonego, niezwykłego psa, i o cudownych wakacjach, które  z nim spędził. 

W tej części Rudy nie gra jednak tak istotnej roli jak w oryginale – seria scenek rodzajowych potwierdza oczywiście jego niezwykłość i nadzwyczajną inteligencję, ale na pierwszym planie "Moich wakacji…" stoi chłopiec – młody Mick (Levi Miller), dla którego czas spędzony na farmie u dziadka był kwintesencją dziecięcej beztroski i poznawania smaków dorosłości. W filmie wyczuć więc można nutę tęsknoty za okresem naiwności, ale jest w nim też mnóstwo dobrej energii i ciepłego humoru. 


Mick doświadcza tu różnych przygód: eksploruje zachwycającą, skąpaną w czerwonym kolorze okolicę, zawiązuje nowe relacje, poznaje pełną magii kulturę Aborygenów i zakochuje się w pięknej dziewczynie – a wszystko to oczywiście w towarzystwie Rudego, z którym nie rozstaje się ani na krok. W filmie mieszają się więc najróżniejsze emocje – trochę śmiechu, trochę napięcia, ciut grozy i autentycznych wzruszeń. Jeden z wątków zahacza też o  kwestię kolonizacji Australii przez białego człowieka (w tym dziadka małego Micka) i wykupywania przez niego ziemi należącej do rdzennej społeczności. Jeden z bohaterów mówi nawet wprost, że nawiedzające okolicę mniejsze i większe tragedie mogą być zemstą ducha szamana, który stał się ofiarą polityki nowych osadników.  Nikt jednak nie zostaje oskarżony wprost, a temat rozmywa się w wirach kolejnych przeżyć Micka. 

Wiele filmów o czworonogach ("Biały kieł", "Marley i Ja", "Mój przyjaciel Hachiko") zdążyło nas już przyzwyczaić, że ich bohaterowie naznaczeni są jakąś rozdzierającą serce i trudną do udźwignięcia dla młodych widzów tragedią. "Moje wakacji z Rudym" – zgodnie z tą tradycją – też nie kończą się najlepiej. Fakt, że historia czerwonego psiaka znajduje szczęśliwą kontynuację w "Przygodach Rudego", skutecznie powstrzymuje jednak łzy i czyni go bardzo przyjemnym filmem idealnym na wakacje – nie tylko dla dzieci i nie tylko dla rodziców. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 33% uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
Dorota Kostrzewa
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły