Recenzja filmu Nigdy w życiu! (2004)
Ryszard Zatorski

Słodka bajka dla dorosłych

Zekranizowanie bestsellerowej powieści Katarzyny Grocholi "Nigdy w życiu!" była nieunikniona. Wiedzieli o tym producenci filmu w reżyserii Ryszarda Zatorskiego i postanowili wykorzystać wielki ...
Filmweb sp. z o.o.
Zekranizowanie bestsellerowej powieści Katarzyny Grocholi "Nigdy w życiu!" była nieunikniona. Wiedzieli o tym producenci filmu w reżyserii Ryszarda Zatorskiego i postanowili wykorzystać wielki sukces filmu. Trudno im się dziwić, bo Polacy w ostatnich latach nie mieli zbyt silnego przywiązania do odwiedzania bilibiotek czy księgarni w podążaniu za literaturą, a jeśli nawet "Nigdy w życiu!" uchodzi za literatuę dosyć lekką, to i tak chwała Grocholi, że zachęciła tłumy do akcji cała Polska czyta... sobie.

Ale nie o książce będę dyskutować. Po pierwsze, nie jest to na to miejsce, a po drugie - co bardziej istotne - nie przeczytałam ani jednej powieści Grocholi, co nie daje mi żadnego prawa zarówno do "zjechania" książki, jak i jej polecenia. Obejrzałam jednak film, i to kilka razy, co utwierdziło mnie w przeświadczeniu, że mam prawo co nieco o nim napisać.

Judyta (w tej roli Danuta Stenka) to kobieta pracująca, jednocześnie stara się pogodzić role matki dorastającej córki i żony zrzędliwego mężczyzny. Kiedy okazuje się, że mąż zaliczył poważny skok w bok i postanowił się z nią rozwieść, życie Judyty wywraca się do góry nogami.

Nikt nie spodziewał się, że będzie to dzieło wybitne. I nikt się też pozytywnie nie rozczarował. I wcale nie zamierzam przyłączać się do tandemu tych, którzy ten film nazwali kiczem. To klasyczna komedia romantyczna, i to całkiem w niezłym wydaniu. W zamierzeniu miała być taką, jaką jest, i bardzo dobrze. Prawdą jest, że razi mnie całe mnóstwo rzeczy przedstawionych w tym filmie, a konkretnie ich niewiarygodność. Tak naprawdę Judyta nie jest jedną z przeciętnych Polek, co od początku do końca starają się widzowi wmówić twórcy. Wystarczy spojrzeć na Danutę Stenkę - rzadko spotyka się równie dobrze wyglądającą kobietę w jej wieku. Kolejna niedoskonałość to łatwość, z jaką Judyta buduje dom za lekko ponad 100 tysięcy złotych. Każdy trzeźwo myślący obywatel tego kraju powyżej 10. roku życia zorientuje się, że jest to po prostu niewykonalne. Potem oczywiście na drodze Judyty pojawia się mężczyzna idealny (Artur Żmijewski) - piekielnie przystojny, gentleman, uczciwy i cholernie zakochany. Więc co w takim razie sprawia, że tę oblaną mdłym lukrem bajeczkę da się obejrzeć od początku do końca kilka razy bez uczucia nudności?

Choć porównywane z "Dziennikiem Bridget Jones", "Nigdy w życiu!" jest o wiele słabsze. Może ze względu na lepiej "zaprojektowaną" postać głównej bohaterki, ale ogólnie rzecz biorąc, brytyjska produkcja jest po prostu lepsza pod względem rzemiosła filmowego i, co tu dużo ukrywać, śmieszniejsza.

Nie da się jednak mimo wszystko filmowi Zatorskiemu odmówić humorystyki. Ten film powstał dla pieniędzy, tego ukryć się nie da. Świadczy o tym choćby osoba scenarzystki, Ilony Łepkowskiej, która na co dzień tworzy telenowelę z płaczliwymi postaciami, przyciągającą większą część naszej nacji przed odbiorniki telewizyjne. Trudno więc dziwić się, że premiera "Nigdy w życiu!" wywołała w Polsce pospolite ruszenie, zakończone zapchaniem sal kinowych, akurat w Walentynki 2004 roku (swoją drogą to świetny chwyt marketingowy).

Co jednak sprawia, że chciało mi się ponownie obejrzeć ten film? Zdecydowanie Danuta Stenka. Nie jestem jej wielbicielką. Widziałam ją w kilku rolach i choć zawsze wydawała mi się dobrą aktorką, to jednocześnie bardzo zimną. Nie byłam więc do niej nastawiona megapozytywnie, choć i nie negatywnie. Stenka udowodniła w tym filmie, że jest posiadaczką jednego z największych talentów komediowych w tym kraju i w porównaniu z kreacją Renee Zellweger, nominowaną przecież do Oscara, wcale nie wypada gorzej. Trudno mi sobie wyobrazić, że w sequelu zastępuje ją Grażyna Wolszczak, która moim zdaniem jest naprawdę przeciętną aktorką i nie ma w sobie za grosz żywiołu Danuty Stenki. Gorzej natomiast prezentują się inni aktorzy (wyłączając Martę Lipińską, Krzysztofa Kowalewskiego i Jana Frycza). Artur Żmijewski jest po prostu czarujący, chociaż jego rola niczego więcej od niego nie wymagała, więc trudno mieć pretensję. Ale zdecydowanie rozczarowała mnie Joanna Brodzik w roli przyjaciółki Judyty, Uli. Spodziewałam się o wiele lepszego występu, znając miarę jej talentu ze świetnej przecież roli w inteligentnym serialu komediowym "Kasia i Tomek". W tym filmie Joasia wydaje się być dosyć sztywna i bez wyrazu, mam jednak nadzieję, że to tylko drobny wypadek przy pracy.

Jak można podsumować ten film? Bajka posypana mdłym słodzikiem? A może niewiarygodna powiastka, jakich wokół pełno? Możliwe, że jedno i drugie. Ale ja to kupuję, bo gdyby człowiek żył tylko sztuką lotów wysokich i od czasu do czasu nie wścibiał nosa do popkultury, życie straciłoby smak.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 63% uznało tę recenzję za pomocną (16 głosów).
Carrie
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o