Recenzja filmu Milczenie (2016)
Martin Scorsese

Słowa Boże

Można dostrzec w tym filmie powrót do motywów i obsesji Scorsesego z początkowego okresu kariery i nagłą woltę po najbardziej "obrazoburczym" z punktu widzenia chrześcijańskiej moralności filmie, ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Milczenie (2016)
Nowy film Martina Scorsesego rozpoczyna obrazek z historii XVII-wiecznej Japonii, tortury chrześcijan w gorących źródłach nieopodal Nagasaki. Widząc okrucieństwa, których wobec przechrztów dopuszczają się feudalni panowie, Ojciec Ferreira (Liam Neeson) pada na kolana. Przed człowiekiem, nie przed Bogiem. Słyszymy monolog o niewyobrażalnej grozie, widzimy moment krańcowego zwątpienia kapłana w sens boskiego planu. To zarazem ilustracja najważniejszego z pytań, które reżyser zadaje w "Milczeniu": czy apostazja może być świadectwem męczeństwa i dowodem największej miłości do Stwórcy?


Na poszukiwania swojego mentora wyrusza z Portugalii para jezuitów. Dotarły do nich wieści, że Ferreira wyparł się wiary i ułożył sobie życie jako buddysta, ale ze zrozumiałych względów pozostają wobec tych rewelacji sceptyczni. W towarzystwie apostaty Kichijiro (Yōsuke Kubozuka) księża Sebastiao Rodrigues (Andrew Garfield) i Francisco Garrupe (Adam Driver) przedostają się na wybrzeże Japonii i zaczynają głosić Słowo Boże w okolicznych wioskach. Kiedy jednak prześladowania zataczają coraz szersze kręgi, a ukrywający księży wieśniacy zaczynają płacić życiem za cudzą sprawę, do serc bohaterów wdzierają się wątpliwości, podsycane dodatkowo przez lokalną władzę. Gdy trzymający swoich poddanych na krótkiej smyczy gubernator Inoue Masashige opowiada Rodriguesowi historię możnowładcy, który dla zdrowia ducha i umysłu odprawił z domu cztery zaborcze kobiety, wiemy, że walka o rząd dusz ma wymiar zarówno religijny, jak i polityczny. Cztery kobiety to oczywiście Hiszpania, Portugalia, Holandia i Anglia, kolonialne potęgi, które ku niezadowoleniu Masashige mieszają się w wewnętrzne sprawy Japonii. 

Są w "Milczeniu" zachwycające obrazy przyrody, beznamiętnie świadkującej ludzkiemu okrucieństwu. Są efektowne panoramy i epicka w skali historia podróży do jądra ciemności. Ale wbrew gatunkowemu kostiumowi i zamaszystej narracji, film Scorsesego – reżysera rozliczającego często swoich bohaterów w chrześcijańskich kategoriach, opowiadającego o grzechu i pokucie – mówi o czym innym. To rozpisana na wiele głosów dyskusja na temat istoty chrześcijaństwa i sensu męczeństwa. Oraz o niedostatkach języka, którym kodyfikujemy naszą wiarę i za pomocą którego staramy się dotknąć boskiej istoty ("Chwaląc naszego Boga, wciąż wierzą w swojego. Przejmują tylko nasze pojęcia, ale nie znają ich prawdziwego znaczenia" – usłyszy Rodriguez; cyt. z pamięci). Nie bez powodu centralnym fabularnym motywem jest powracający obraz stąpania po tabliczce z wizerunkiem Chrystusa, tzw. fumi-e. Kichijiro, wcielenie Judasza, depcze raz po raz, by następnie szukać odkupienia w kolejnych aktach spowiedzi. Niektórzy depczą, by uniknąć tortur, rozgrzeszeni zawczasu przez jezuitów. Wreszcie, ten najważniejszy z punktu widzenia fabuły i dyskursu, ojciec Rodrigues – umęczony święty, który waha się najdłużej. Jak zdefiniuje swoją miłość do Boga w momencie, gdy od tego gestu będzie zależeć czyjeś życie?


O wszystkich rozterkach dowiadujemy się z offu, płynąca spoza kadru narracja pozostaje wizualnym ekwiwalentem strumienia świadomości, ale również powieści epistolarnej, w konwencji której utrzymany jest literacki pierwowzór Shūsaku Endō. A jednak słowa – nieco wbrew tytułowi – zagłuszają w dużym stopniu kino. Sporo w "Milczeniu" tautologii, wiele scen, w których szokujący efekt jest niepotrzebnie multiplikowany. Na niekorzyść filmu pracuje również język angielski, który musiał zapewne napędzać tak dużą produkcję, ale nie oddaje subtelności różnic kulturowych, emocji przekazywanych w akcencie i melodii – zwłaszcza gdy po angielsku mówią tutaj rewelacyjnie poprowadzeni japońscy aktorzy. W konfrontacji z nimi kiepsko wypadają zwłaszcza największe gwiazdy. Liam Neeson prezentuje kolejne oblicze mentora, który zajrzał za fasadę rzeczywistości, Adam Driver nie ma w zasadzie nic do roboty, z kolei Andrew Garfield odgrywa gorliwą wiarę na najwyższych nutach, jakby wciąż miał w dłoniach partyturę "Przełęczy ocalonych". Jego fizyczna transformacja w ikonę (w zdecydowanie najsłabszej scenie spoglądający w taflę jeziora bohater dostrzega w sobie podobiznę świętego) spycha wręcz "Milczenie" w rejony kiczu. 

Można dostrzec w tym filmie powrót do motywów i obsesji Scorsesego z początkowego okresu kariery i nagłą woltę po najbardziej "obrazoburczym" z punktu widzenia chrześcijańskiej moralności filmie, czyli "Wilku z Wall Street". Ładunek intelektualny "Milczenia" oraz siła jego ikonografii sprawiają również, że łatwo przymknąć oko na kilka nietrafionych strategii narracyjnych. Osobiście wolę jednak, gdy Bogiem dla twórcy "Infiltracji", "Kasyna" i "Wściekłego byka" okazuje się samo kino, sztuka mnożąca sensy bez pomocy – nawet polifonicznego – języka. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 44% uznało tę recenzję za pomocną (209 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)