Recenzja filmu Hostel (2005)
Eli Roth

Słowacka powtórka z "Piły"

Wiszący w kinie plakat filmu Quentina Tarantino od razu przyciąga na seans fanów zachwyconych jego wcześniejszymi produkcjami. Tak zapewne było i w przypadku "Hostel". A to, moim zdaniem, błąd ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Hostel (2005)
Wiszący w kinie plakat filmu Quentina Tarantino od razu przyciąga na seans fanów zachwyconych jego wcześniejszymi produkcjami. Tak zapewne było i w przypadku "Hostel". A to, moim zdaniem, błąd kinomaniaków, którzy od razu kupują bilety, nie zapoznawszy się z opiniami osób, które film już widziały. Choć sam pan Tarantino jest jednym z najbardziej rozchwytywanych twórców  filmowych, na jego "Hostel" nie warto nawet spojrzeć. Fabuła prosta, dużo krwi, ale słaba realizacja. Na początku miałem wrażenie, że oglądam komedię. Dopiero później zaczęło się coś dziać...

Grupa przyjaciół podróżuje po Europie. W Amsterdamie poznają mężczyznę, który poleca im jedno ze słowackich miast - Bratysławę. Mówi im, że tam dostaną wszystko, czego chcą: narkotyki i chętne kobiety. Na miejscu okazuje się, iż mężczyzna  mówił prawdę - dziewczyny są napalone, gotowe w każdej chwili na przyjemności. Po całym wieczorze zabawy zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Znika jeden z mężczyzn, Oli (Eythor Gudjonsson). Po jakimś czasie znika kolejny, Josh (Derek Richardson). Bezradny Paxton (Jay Hernandez) nie wie, co ma robić. I na tym kończy się "sielankowa" część filmu. O ile na początku "Hostelu" dominowała erotyka, seks i panienki, o tyle w dalszej części mamy do czynienia z nieco mocniejszymi scenami - torturami ludzi. Trochę dziwne połączenie. Teraz widz bedzie oglądał tylko dziurawienie ciał, odcinanie palców, przypalanie twarzy. Bezradny Pax w poszukiwaniu kolegów odkrywa spisek, przez który o mało nie stracił życia. Dowiaduje się, czym jest owa fabryka. Od teraz liczy się tylko odnalezienie przyjaciół i własne życie.

Film jest brutalny i krwisty. Jednak momentami potrafi rozśmieszyć słabą realizacją. Nie powzięto żadnych starań, aby "Hostel" mógł dorównać takim produkcjom, jak "Najście"  czy "Frontière(s)". To raczej nudnawa powtórka z "Piły". To nie strach towarzyszył mi przy oglądaniu, tylko obrzydzenie. Nie było napięcia, co jest ważnym elementem dobrego horroru. Gra aktorska też jakoś specjalnie nie zachwyca. Eli Roth, reżyser, miał dobry pomysł, który niestety słabo zrealizował.  Muzyka właściwie w ogóle nie była dostrzegalna.  Twórcy chcieli, aby dominowała krew. A nie tylko na tym powinien opierać się dobry horror, ważny jest całokształt, między innymi gra aktorska i dobre ujęciu akcji. W "Hostelu" niestety tego nie dostrzegłem.

Jedynym przesłaniem filmu może być to, że za pieniądze można kupić nawet czyjąś śmierć; mi osobiście byłoby szkoda kasy na bilet do kina na ten (niestety) szajs.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 36% uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).
marcin724
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie
o