Recenzja filmu Węże w samolocie (2006)
David R. Ellis

SSSsssSSSsssSSSsssSSSsss...

Pewnego dnia siedząc sobie wygodnie w fotelu kinowym, z niecierpliwością oczekiwałem na początek filmu, za który zapłaciłem kilkanaście złotych i który był dla mnie najbardziej oczekiwaną ...
Filmweb sp. z o.o.
Pewnego dnia siedząc sobie wygodnie w fotelu kinowym, z niecierpliwością oczekiwałem na początek filmu, za który zapłaciłem kilkanaście złotych i który był dla mnie najbardziej oczekiwaną premierą miesiąca. Zanim jednak ujrzałem napisy początkowe, musiałem przebić się przez kilkanaście reklam, które dudniły z kinowego ekranu, między innymi właśnie wtedy po raz pierwszy zetknąłem się reklamą filmu, o wiele mówiącym i wręcz śmiesznym tytule, jakim są "Węże w samolocie". Kiedy jeszcze zobaczyłem, że w głównej roli występuje Samuel L. Jackson, stał się on obrazem, który trzeba będzie przy okazji zobaczyć. Jak postanowiłem, tak zrobiłem, jednak końcowy efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, szczególnie wobec kilku pozytywnych opinii, które wcześniej miałem okazję wysłuchać na temat tego filmu...

Zaczyna się dość niewinnie - młody chłopak przypadkowo, jeżdżąc swoim crossem po lesie natrafia na członków mafii, którzy masakrują biednego, nielojalnego osobnika ze swych szeregów. Oczywiście biedny Sean (Nathan Phillips) zamiast siedzieć cicho w krzakach, jak najszybciej postanawia odjechać z miejsca zdarzenia, narażając się przy okazji na odkrycie i tym samym wydaje na siebie wyrok śmierci. Zastanawiające jest, że nie wykazał się inteligencją, która by mu kazała siedzieć cicho, do momentu, gdy wszyscy źli czmychną stamtąd jak najdalej, zastanawiająca jest też wybitna inteligencja członków gangu, którzy w niedługim czasie zjawiają się w domu Seana, z zamiarem sprawienia mu betonowych bucików, tudzież sprzedania kulki w sam środek czoła. Na szczęście bohatera, który znalazł się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie, ratuje dziarski agent Neville Flynn (Samuel L. Jackson), który w trimiga wyprawia złoczyńców na tamten świat, w którym św. Piotr nie nadąża z otwieraniem bram, przyjmując coraz to nowych członków.
Flynn uznaje, że wobec niesprzyjających zdarzeń, najbezpieczniejszym miejscem dla świadka będzie samolot, w którym przecież nic złego nie może się zdarzyć. Niestety okazuje się, że się wybitnie pomylił, gdyż cały luk bagażowy samolotu został załadowany, wszelkiego rodzaju obślizgłymi wężami, których zadaniem jest załatwić niewygodnego pasażera, plus wszystkich tych, którzy przy okazji kupili bilety na ten feralny lot. Gdyby ci biedacy wiedzieli, jaki los ich czeka, pewnie poprosiliby o zniżkę...

Kto jednak przełknął pierwsze niedorzeczności, niech przygotuje się na to, co ma być głównym tematem tego filmu - atak jadowitych wężów w samolocie...

I tutaj zaczyna się prawdziwy koszmar, w dosłownym tego słowa znaczeniu, zarówno dla pasażerów, jak i dla widza. Setki wężów wypełza ze skrzynek ruszając na pasażerów, którzy nieświadomi niczego, a to rozmyślają nad pięknym życiem, które ich czeka (zdziwią się), a to nad nowymi ruchami, które wykonają, grając w nową grę na PS2. Oczywiście zarówno te poważniejsze, jak i te mniej, dylematy są tak miałkie, że w ogóle mogłoby ich nie być, gdyż i tak zdają się niczemu nie służyć w obliczu tego, że za chwilę, większość pasażerów i tak pójdzie na przemiał, rzęsiście tryskając pianą i krwawiąc po ukąszeniach lepkich drani.

Najgorszy jest tu jednak ujawniający się z czasem synkretyzm gatunkowy tego filmu - raz komedia, raz horror, raz sensacja, jednak żaden z tych gatunków nie jest na tyle zajmujący, co by przytrzymać widza przy ekranie dłużej niż 10 minut. Co więcej, tak naprawdę otumaniony widz sam w pewnym momencie nie wie, czy śmiać się do rozpuku nad wężem, który turla się po samolocie w bibule, czy zasłaniać oczy w obliczu kolejnych, serwowanych do przesady krwawych scen. W konsekwencji film rozbija się na poszczególne, zupełnie nie połączone ze sobą elementy, przy których czujemy się niczym pasażerowie samolotu, którzy nie wiedzą, czego oczekiwać. Ani to śmieszne, ani straszne, ani szokujące...

Strona techniczna filmu wypada nie najgorzej, tylko że nic z niej nie wynika. Ludzie toną w potokach krwi, dekoracje padają niczym domki z kart, a samolot niebezpiecznie obniża loty, po tym jak pilot także postanowił zagrać w pokera ze Świętym Piotrem. Dzięki temu jednak nasz dziarski Flynn, będzie mógł wykrzyczeć swą słynną kwestię "Mam dość tych pieprzonych wężów, w tym pieprzonym samolocie". Ja proponuję, by w tym momencie widzowie gromko zaczęli krzyczeć razem z nim, "Mam dość tego pieprzonego filmu o wężach, w tym pieprzonym kinie"...

Podsumowując, ten film nie prezentuje nic, co by dało się oglądać bez cienia zażenowania. Jedyne, czego widz będzie oczekiwał po tym obrazie, to napisy końcowe. Szkoda, że na końcu nie pojawił się inny słynny wąż - Snake Plissken, może wtedy przynajmniej byłoby ciekawiej...

Osobiście "Wężów w samolocie" nie poleciłbym nawet osobie cierpiącej na bezsenność. Zaleciłbym już prędzej liczenie owieczek, gdyż zajęcie to wydaje się chyba o wiele bardziej pasjonujące od tego, co widzimy na ekranie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (30 głosów).
Grifter
ocenia ten film na:
1 10 1/10 nieporozumienie

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)