Recenzja filmu Auta (2006)
Waldemar Modestowicz
John Lasseter

Samochód też człowiek

Gdy świat filmowego biznesu obiegła wiadomość, że wytwórnia Disneya zakupiła Pixar za magiczną sumę siedmiu miliardów dolarów, zapewne nie jeden popukał się w czoło. Minęło dobrych parę lat, dwie ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Auta (2006)
Gdy świat filmowego biznesu obiegła wiadomość, że wytwórnia Disneya zakupiła Pixar za magiczną sumę siedmiu miliardów dolarów, zapewne nie jeden popukał się w czoło. Minęło dobrych parę lat, dwie części "Toy Story", "Potwory i spółka", "Gdzie jest Nemo" oraz parę innych, i już nikt się nigdzie nie śmie pukać. Wymienione tytuły zalicza się obok "Shreka" i jego kontynuacji oraz pierwszej "Epoki lodowcowej" do klasyków animacji. Tak, tak – określenie to wcale nie jest przesadzone. Mimo że gatunek jest stosunkowo młody, zyskał już tyle na znaczeniu, że nie znajdzie się widz, który dyskredytowałby go na rzecz filmu fabularnego. Najnowsze dziecko małżeństwa Walta i Pixara tylko potwierdza, że twórcy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa w temacie produkcji animowanych komputerowo.

Powyższe zdanie może być mylące, więc już wyjaśniam. "Auta" Johna Lassetera nie są w żadnym razie jakimś odkryciem. Punkt wyjściowy wszystkich wymienionych wcześniej tytułów, jak i tego, się praktycznie nie zmienia. Opierają się na dwuwarstwowej formule. Jedna jest tym, co widzimy na pierwszy rzut oka: uroczą animacją, barwnymi postaciami, które nie są niczym innym, jak tylko akcesoriami w kolejnej lekcji "jak być dobrym i szczęśliwym" - to ta część dla dzieciaków. Druga stanowi o wielkości filmu, zawieszona jest ponad możliwościami percepcyjnymi i naiwnością przeciętnego siedmiolatka. Mowa o fabularnych odniesieniach, o stylistyce i symbolice. O tym ,czego dorosły szuka w bajce, gdy zmuszony jest oglądać ją ze swoim niepełnoletnim potomkiem. W przypadku "Aut" jest to hołd dla kina drogi, słynnej Drogi nr 66 i oczywiście dla amerykańskiej miłości do samochodów. I chociaż nasze polskie społeczeństwo niekoniecznie podziela tę fascynację, na pewno nie jest ona mu kompletnie nieznana, więc radochę też mamy zagwarantowaną.

Młody i ambitny Zygzak McQueen (głos Piotra Adamczyka) jest typowym przykładem na to, co sława, która przychodzi nagle, robi z charakterem. Jest zadufanym, egocentrycznym samochodem wyścigowym, któremu wróży się niesamowitą karierę. Właśnie przygotowuje się do walki o mistrzostwo Złotego Tłoka, którego puchar zapewniłby mu życie, o jakim tak bardzo marzy – blichtr, sesje zdjęciowe, nowego, najlepszego sponsora oraz oczywiście miejsce aktualnego mistrza, Kinga. Po drodze na wyścig Zygzak trafia przypadkiem do zapomnianej przez cywilizację mieściny, Chłodnicy Górskiej, gdzie przyjdzie mu zważyć swoje priorytety życiowe. Poznaje w niej Sally (Dorota Segda), śliczną panienkę Porsche, Złomka (Witold Pyrkosz), zardzewiałą półciężarówkę, Wójta Hudsona (Daniel Olbrychski), oldboya z intrygującą przeszłością, Volkswagena "Ogórka" (Jerzy Kryszak), hipisa żyjącego na biopaliwach, Luigiego (Artur Barciś), włoskiego Fiata 500, który prowadzi sklep z oponami i wielu innych.

Mieszkańcy Chłodnicy dla bohatera wydają się na początku grupką śmiesznych prowincjuszy, którzy nic nie wiedzą o prawdziwym życiu, z kolei on dla nich jest nieproszonym gościem z tego gorszego, konsumpcyjnego, pełnego niezrozumiałej chciwości świata. Z czasem jednak skazany na roboty drogowe za zdemolowanie ulicy McQueen, przekonuje się, że tak naprawdę to on żył w niewiedzy, a sprawy, które zaprzątały jego głowę (silnik?), nie mają tak naprawdę najmniejszego znaczenia. Z czasem wszyscy zaczynają się od siebie uczyć. Główny bohater pojmuje znaczenie przyjaźni i miłości, a jego nowi przyjaciele egzystujący dotąd nieprzerwanie w swojej hermetycznej społeczności otwierają się na nowe i nieznane. Klimat małomiasteczkowości udziela się Zygzakowi, a chłodniczanie uczą się, że za tabliczką informującą o granicy miasta też coś się dzieje i nie jest to tak niedostępne, jak mogłoby się wydawać. Na deser "Auta" zdają się nawoływać do powrotu starych czasów, gdy nie liczyły się gigantyczne chromowane koła, zmieniający kolor lakier i dziesiątki stad koni pod maską, a prozaiczna radość z jazdy górskimi serpentynami.

Ta w gruncie rzeczy banalna historyjka o zabarwieniu moralizatorskim mogłaby męczyć dorosłych, gdyby nie umiejętna zabawa historią Stanów Zjednoczonych. Mieszkańcy Chłodnicy są mozaiką amerykańskiej przeszłości – wielbiący potęgę militarną USA Kamasz, wzdychający za gorącymi latami 60. hipis czy miłośnik tuningu żywcem wyrwany z "Szybkich i wściekłych". Akcja rozgrywa się w miejscowości położonej tuż obok Drogi 66, będącej symbolem motoryzacyjnej miłości Ameryki, a w tle słuchamy "drogowych" songów. Jakby tego było mało, reżyser ze swoimi animatorami uczynili filmowy cud, nadając animacji niesamowitej jakości. Miejscami ma się wrażenie, że ogląda się prawdziwe zdjęcia, a nie wygenerowany na komputerze obraz. Przy czym realizm nie przekracza narzuconej wyśmienitej stylistyki, dzięki czemu samochody wyglądają jednocześnie bajkowo i realistycznie. Trzeba przyznać, że po raz kolejny Disney na spółkę z Pixarem zawiesili poprzeczkę wysoko ponad głowami konkurencji.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (12 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)