Recenzja filmu Upiór w operze (1925)
Rupert Julian
Edward Sedgwick

Samotny upiór z podziemia opery

Ponury dźwięk wypełnia nasze uszy, zniszczona czarno-biała taśma atakuje nasz wzrok, posępna tajemnica ogarnia umysł. Właśnie to dzieje się z widzem, gdy spotka go legenda we własnej osobie. ...
Filmweb sp. z o.o.
Ponury dźwięk wypełnia nasze uszy, zniszczona czarno-biała taśma atakuje nasz wzrok, posępna tajemnica ogarnia umysł. Właśnie to dzieje się z widzem, gdy spotka go legenda we własnej osobie. Legenda po trzykroć, bowiem nie dość, że mamy do czynienia z klasycznym filmem, wielokrotnie powielanym przez kulturę masową i chyba przez każdego kojarzonym kultowym bohaterem, to na dodatek mamy również niezwykłe doświadczenie obcowania z samym człowiekiem o tysiącu twarzach we własnej osobie – Lonem Chaneyem.

Podobnie jak w przypadku takich kultowych stworów ze starych horrorów, jak np. "Dracula" lub "Frankenstein", również "Upiór w operze" jest adaptacją utworu literackiego. Powieść Gastona Leroux ukazywała się w odcinkach w latach 1909-1910, rok później została przetłumaczona na angielski, a w 1925 trafiła na ekrany kin. Od tamtej pory upiór z paryskiej opery pojawiał się w nich wielokrotnie, zresztą nie tylko tam, gdyż cała „upiorna” machina marketingowa trwa do dziś, a tytuł jest kojarzony przez wszystkich ludzi, nawet tych nieobeznanych z kinem grozy.

Opowiada on o tajemniczej postaci przemykającej podziemiami paryskiej opery, w których niegdyś znajdowały się sale tortur. Znając setki tajemnych przejść i pułapek, zostaje ona postrachem wszystkich pracowników. W międzyczasie tajemniczy mieszkaniec piwnicznych otchłani głęboko zakochuje się w młodej Christine, która rozpoczyna karierę na operowych deskach, a w czym upiór decyduje się jej pomóc. Aby zdobyć odwzajemnioną miłość swojej oblubienicy, nie cofa się przed niczym, włączając w to morderstwo. Czy jednak jego uczucie naprawdę ma szansę być odwzajemnione?

Jak każde dobre monstrum z dawnych czasów (potwierdzenie: kreatura dra Frankensteina lub mumia z filmu Karla Freunda), które weszło do klasyki, upiór nie tylko przeraża widza. Opowieść o nim jest także na swój sposób smutna i dostarcza dwóch przeciwstawnych emocji: strachu oraz współczucia. Oto bowiem, oprócz postaci tajemniczej, groźnej, która aby osiągnąć zamierzony cel nie zawaha się zabić, mamy też smutnego, kochającego, zdradzonego i odrzuconego przez społeczeństwo osobnika. Jego los przypomina w ten sposób losy bohaterów "DziwolągówToda Browninga czy też historię "Człowieka słonia" Davida Lyncha. Jest to los, który mógłby się przydarzyć wszystkim, gdyby nie pewna ilość szczęścia w życiu. Dlatego też łatwo poczuć jakąś więź z ‘upiorem’ – w końcu on pragnie jedynie tego, co ma każdy człowiek. Tim Burton na pewno widział ten film tworząc "Powrót Batmana"

Niestety nie można powiedzieć, aby również w dzisiejszych czasach film atakował zmysły z podobną siłą, z jaką to czynił ponad 80 lat temu. Nie ma się co oszukiwać, obraz Edwarda Sedgwicka mocno się zestarzał. W "Upiorze w operze" odnajdziemy za to pewne elementy, przypominające obrazy ekspresjonistycznego kina z Niemiec. Mówię tu o wykorzystaniu na szeroką skalę cieni. Samego upiora w filmie widzimy dosyć późno. Natomiast przez długą część czasu twórcy raczą nas jedynie jego cieniem przemykającym za bohaterami i podnoszącym napięcie. Oczywiście jest to zabieg doskonały, z pewnością w dużej mierze dzięki niemu film trzyma nas w niepewności. Cienie odgrywają też sporą rolę, nie tylko w przypadku kreacji upiora, pojawiają się bowiem w wielu innych momentach, pokazując grozę najpierw widzowi, potem postaci w filmie.

Warto ponadto wyróżnić kilka scen. Nie będę oczywiście wspominał o wszystkich, lecz kilka momentów jest wręcz niesamowitych i wbijają się w pamięć z ogromną siłą. Pierwsze ukazanie twarzy, na którą długo czekamy, jest tak zrealizowane, że nawet dzisiaj możemy doświadczyć resztki szoku, jaki z pewnością towarzyszył ówczesnym widzom. Niemal słyszałem (!) krzyk ‘upiora’ w tym niemym filmie. Niemniej doskonałe są sceny balu maskowego, cały czas też bez problemu mogę przywołać w myślach pełen magii obraz upiora na dachu opery.

Jednak znajdzie się i coś co wpływa negatywnie na odbiór tego dzieła. Po pierwsze, jak już wspomniałem, film się zestarzał, i jeśli ktoś z grymasem obrzydzenia odrzuca filmy z lat 50. lub 40., to pewnie po nieco już archaiczne kino nieme nie sięga z radością. Również ogromna teatralność aktorów jest przeszkodą w odbiorze dla dzisiejszego widza. Wiąże się ona oczywiście z rokiem powstania filmu i faktem, że nie można było mówić, a emocje jakoś przekazać trzeba. Osobiście nie odczuwam dyskomfortu przy oglądaniu takiej ekspresji, lecz teatralność samego upiora mogłaby być odrobinę stonowana, aby stał bardziej w opozycji do pozostałych postaci. To jest drobna uwaga widza z XXI wieku, lecz sądzę, iż taki upiór miałby szanse straszyć z większym powodzeniem. Strach osłabiają też elementy komediowe, które mają za zadanie zmniejszyć napięcie towarzyszące widzom, niestety w dzisiejszych czasach jedynie nieco irytują, na szczęście jest ich bardzo mało.

Również małą wadą są pewne nielogiczności w fabule. Na porządku dziennym jest, iż opowieści filmowe z tamtych czasów cechowały się często pewnym naciąganiem wydarzeń i ograniczeniem wątków. W tym przypadku ze zbyt dużą łatwością bohaterowie filmowego finału trafiali do celu swoich podróży.

Na koniec nie wolno nie wspomnieć o odtwórcy roli tytułowej. Lon Chaney wywiązał się z niej wyśmienicie, jego charakteryzacja zapada w pamięć i przewyższa nawet wiele późniejszych. Nie na darmo zyskał sobie przydomek człowieka o tysiącu twarzach. Wielka szkoda, że umarł przedwcześnie i nie pokazał się w żadnym horrorze udźwiękowionym. Jego kreacje na zawsze pozostaną w sercach miłośników starego kina. Niestety syn nie został tak wybitną postacią srebrnego ekranu jak ojciec.

Finałem recenzji jest zachęcenie do zapoznania się z upiornym mieszkańcem paryskiej opery. Film jest klasykiem pod niemal każdym względem i nawet jeśli odczuwa się niechęć do oglądania starych produkcji, warto się przełamać i sięgnąć po tę pozycję. Upiornie polecam.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 68% uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).
MrowiecMachine
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny