Recenzja serialu Sherlock (2010)

Sherlock na miarę XXI wieku

  • recenzja kinowa Sherlock (2010)
Zawsze byłam i nadal jestem miłośniczką kryminałów i detektywów. Uwielbiałam Herkulesa Poirot, Joe Aleksa, porucznika Columbo i im podobnych. Uwielbiam House'a. Ale, co ciekawe, nigdy nie lubiłam Sherlocka Holmesa. Powieści i opowiadania Arthura Conan Doyle'a są według mnie średnimi książkami w ogólności i kiepskimi kryminałami w szczególności. Dotychczasowe filmowe próby sportretowania sławnego detektywa były raczej - zamierzonymi bądź nie - parodiami tudzież po prostu niezbyt udanymi ekranizacjami i tak nie najlepszego materiału.

Najnowszy filmowy Holmes w wykonaniu Roberta Downey Jr. z partnerującym mu Jude'em Lawem nie był [tak] zły [jak się spodziewałam] - był bardziej żywy niż poprzednie, zarówno jeśli chodzi o postacie, jak i scenografię: Holmes i Watson nie siedzieli w fotelach i tylko elegancko wozili się dorożką z miejsca na miejsce, a Londyn był czymś więcej niż statycznym obrazkiem dwóch ulicznych latarni wyłaniających się z gęstej, londyńskiej mgły, był żyjącym organizmem i czynnym bohaterem. Ale jednak film jako całość nie zachwycał - może kolejna odsłona będzie miała lepszy scenariusz.

Ale! Pojawiło się coś nowego: miniserial (jednorazowo tylko 3 odcinki, ale w postaci pełnometrażowych filmów) będący luźną i uwspółcześnioną adaptacją przygód tego najsłynniejszego chyba z wielkich detektywów. Zakochałam się od pierwszej minuty. A z każdą kolejną pogrążąłam bardziej. Dlaczego? Otóż:

Martin Freeman jako Watson jest świetny; ma swoje problemy i w żadnym wypadku nie jest tylko tłem dla tytułowego bohatera. Benedict Cumberbatch jako Holmes jest wprost rewelacyjny. To jest postać obrosła legendą i przytłoczona milionem mniej lub bardziej sztywnych interpretacji, które on zrzucił jednym wzruszeniem ramion i stworzył swoją własną, unikalną i w każdym calu doskonałą kreację. Niezłe są także postaci drugoplanowe. Film jest tak żywy, jak wspomniany już film Ritchiego: Londyn ze swoimi zaułkami, restauracjami, mostami, taksówkarzami, turystami i bezdomnymi jest pełnoprawnym bohaterem filmu. Tym bardziej, że jest to Londyn współczesny! Jeśli było coś, co jednak w poprzednich historiach o Holmesie lubiłam, to właśnie atmosferę Anglii z końca XIX wieku. Ale ten Sherlock, Sherlock XXI wieku nie tylko wnosi powiew świeżości i nowoczesności, lecz równocześnie zachowuje klimat konserwatywnej brytyjskości (w końcu to produkcja BBC). Bardzo dobry scenariusz - oczywiste, że nie można wprost przenieść opowiadań Arthura C. Doyle'a, jeśli chce się osadzić akcję w XXI wieku. Opowiedziane historie to więc luźne nawiązania do oryginałów, ale genialnie dopasowane i wkomponowane w rytm współczesnego Londynu. Do tego same w sobie trzymają się kupy, że tak powiem. Dobra muzyka - wydaje mi się, że jest wariacją na temat ścieżki Hansa Zimmera z filmu Guya Ritchiego, ale jeśli tak, to tym lepiej. Każdy odcinek jako osobna całość jest dobrym filmem: ktoś, kto w ogóle nigdy w życiu nie słyszał o Sherlocku Holmesie (o ile tacy ludzie istnieją), dostanie całkiem współczesny film, oryginalny, dobre kino akcji, dobre kino komediowe i dobre kino w ogóle. Z kolei widz, który ma jakiś szerszy kontekst, dostanie oprócz tego mnóstwo smaczków i mniej lub bardziej hermetycznych żartów na dokładkę, znajdzie nawiązania zarówno do literackiego pierwowzoru jak i do bardziej współczesnych interpretacji i w ogóle do miliona innych tekstów. Połączenie tradycji z nowoczesnością: mimo że Watson nie pisze opowiadań, tylko bloga, a Sherlock nie rozstaje się ze swoim smartphone'em, to dedukcja, a nie technika, dalej gra pierwsze skrzypce. Widać to także w formie: film sprawia wrażenie multimedialnego, bo gdy akcja toczy się w najlepsze, na ekranie pojawiają się podpowiedzi, dzięki którym widz może na bieżąco śledzić tok rozumowania Sherlocka. Nic w tej serii nie razi jako sztuczne: metody rodem z CSI, bardzo House'owata postawa Sherlocka (i tu dopiero dobrze widać, jak wiele House ma z Holmesa - a nie vece versa!) - to nie jest próba skopiowania czegoś, co już było, ale niezwykle umiejętne wykorzystanie dostępnych środków i możliwości współczesnego kina oraz dialog i świadome mruganie okiem do widza. Dawno nikt mi nie zrobił takiej przyjemności, odkurzając znaną książkę i znanych bohaterów i nadając im nowe życie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (412 głosów).
karolinanatalia
ocenia ten serial na:
10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)

o