Recenzja filmu Skazani na Shawshank (1994)
Frank Darabont

Skazani na życie

Jest wiele filmów, które potrafią wywołać ciarki na plecach bądź sprawić, że serce zaczyna bić szybciej lub że pierś wypełnia głęboki oddech. Znajdzie się także kilka produkcji, które wycisną z ...
Filmweb sp. z o.o.
Jest wiele filmów, które potrafią wywołać ciarki na plecach bądź sprawić, że serce zaczyna bić szybciej lub że pierś wypełnia głęboki oddech. Znajdzie się także kilka produkcji, które wycisną z oczu łzy, albo wywołają szczery uśmiech na twarzy. Jeśli tak faktycznie jest, to jest to warte Twojej uwagi. Jednak tylko arcydzieło posiada wszystkie te rzeczy. Takim arcydziełem jest bez wątpienia film "Skazani na Shawshank", który widziałem wiele razy i z całą pewnością nie odmówię sobie przyjemności, by zobaczyć go ponownie.

Chyba wszyscy zgodzą się z twierdzeniem, że nie można podrobić "Kaplicy Sykstyńskiej" czy "Damy z łasiczką", tak samo jak nie da się oddać na ekranie ducha powieści Stephena Kinga. Do tej pory niewiele ekranizacji mistrza grozy zyskało uznanie krytyków i widzów. Prawdę mówiąc, jedynie "Carrie" Briana De Palmy z roku 1976 oraz "Lśnienie" Stanleya Kubricka z 1980 r., to filmy warte zapamiętania, które stały się obrazami znanymi szerszej widowni. Reszta to produkcje podrzędne i raczej słabe ze względu na swój niewielki budżet oraz nieudolność ich twórców, którzy nierzadko robili z nich filmy telewizyjne, podzielone na kilka odcinków. To wszystko było gorzką prawdą, dopóki na arenę nie wkroczył Frank Darabont.

Dlaczego z filmem Franka Darabonta jest inaczej? Cóż, na to pytanie odnajduję tylko jedną odpowiedź. Jest to bowiem obraz oderwany od klimatu grozy i elementów nadprzyrodzonych, obraz który został zrozumiany przez widzów. Ludzie identyfikują się z tą historią jak z mało którą. Gdzieś w głębi upatrują w niej siebie, bowiem widzą człowieka, który walczy o swoją wolność, o prawdę i sprawiedliwość, która mimo iż tłamszona, zawsze zwycięża, i chcą wierzyć, że sami także tacy są. Takiego zaangażowania od widza "Skazanym na Shawshank" mogą pozazdrościć inne wiekopomne dzieła filmowe takie jak "Obywatel Kane" czy "Ojciec chrzestny".

Fabuła 100-stronnicowego opowiadania Kinga, która zaskoczyła samych jego fanów, ma w sobie pewną siłę i urok. Oto bowiem młody bankowiec - Andy Dufresne zabija swoją żonę, którą nakrywa w objęciach innego mężczyzny. Czyn ten wydaje się nad wyraz dziwny, gdyż Andy ma wszystko to, o czym może marzyć młody mężczyzna. Proces jest szybki, a sędzia nieugięty. Wyrok to podwójne dożywocie.

Andy trafia do więzienia Shawshank, gdzie porządku pilnują sadystyczni strażnicy, a rolę naczelnika odgrywa Samuel Norton, który pod osłoną Pisma Świętego dokonuje coraz to bardziej perfidnych oszustw i występków. Codzienność po drugiej stronie muru nie łamie Andy'ego. Coś trzyma go w niezwykłym stanie, który okaże się zbawiennym na samym końcu filmu. Z biegiem czasu nasz bohater zaczyna rozumieć zasady panujące w więzieniu. Swoją skromnością, a przede wszystkim wykształceniem zdobywa względną sympatię strażników. Najważniejsza jest jednak przyjaźń z czarnoskórym Redem. Mężczyźni, pomimo dzielących ich różnic, powoli odnajdują wspólny język. Pomaga to każdemu z nich w walce z depresją i monotonią życia za kratkami. Wiele lat spędzonych w Shawshank, kończy się nagle jednej nocy. To, co było całkowicie nieprzewidywalne, stało się rzeczywistością i zadziwiło wszystkich. Wydarzenia te odciskają swoje piętno na głównych bohaterach, którzy w zaskakujący sposób przypieczętują swoją przyjaźń.

Bez ani jednej zbędnej sceny Darabont opowiada niezwykłą historię o przyjaźni, która w więziennych arkanach przeżyła 20 lat. Reżyser odnajduje w niej nutkę poetyckiej sprawiedliwości zaprowadzającej porządek w świecie zdeprawowanym i zniszczonym.

Przychodzi jednak moment, w którym film niebezpiecznie zbliża się do moralnie poprawnej granicy "triumfu ludzkiego ducha". Jest to na szczęście element wybiórczy, oderwany od całości, który nie jest nazbyt nachalny i patetyczny.

Kiedy Andy zostaje skazany, sędzia wydający wyrok używa nader drastycznych słów "uderza mnie pański brak skrupułów i lodowaty chłód". W takim psychicznym stanie Andy pozostaje nawet wtedy, kiedy współwięźniowie grożą mu i prześladują go. "Chciałbym powiedzieć, że walczył jak lew" powie Red, który dobrze wie, iż jego przyjaciel jest bity i gwałcony przez innych więźniów, w najbrutalniejszych scenach filmu. "Chciałbym móc tak powiedzieć, ale więzienie to nie bajka" doda później. W większości hollywoodzkich "bajkach" ludzie to herosi, którzy potrafią się obronić. Jednak "Skazani na Shawshank" mają na siebie inną receptę. Dzięki nieśpiesznej i stonowanej narracji, Andy przybiera cechy samego filmu. Znosi wszystko to, co przyniesie mu los. Godzi się z nim, ale nie daje się zniszczyć. W końcu jak się okaże, los odwróci swój bieg i wynagrodzi Andy'emu jego pokorę. "Najzabawniejsze, że na wolności byłem prawym i uczciwym obywatelem. Więzienie zrobiło ze mnie oszusta". Andy się zmienia, ale to tylko przykrywka, bo człowieka niezłomnego nie można złamać, tak jak i zasady. Jego niezłomność pozwala mu sprzeciwiać się więziennemu systemowi, co widać w jednej ze scen, w której Andy puszcza poprzez gramofon na całe więzienie Mozarta. Dostaje 2 tygodnie w izolatce, ale czuje, że dał kolegom jakąś cząstkę duszy i nadziei.

Film ma tendencję do podkręcania wyniosłych scen, ale przez większą część czasu zachowuje inteligentny dystans. Przykładem tego niech będą wypowiedzi bohaterów spoza ekranu. Red opisujący od początku swoją przyjaźń z Andym, czy też Brooks opisujący w listach swoje życie poza więziennymi murami. Dialogi te są niczym muzyka Chopina dla uszu. Nie robią z widza idioty, opisując to co i tak widzimy na ekranie. One żyją własnym życiem odsłaniając psychikę bohaterów. Opisują to, czego nie da się ukazać za pomocą obrazu. Osobiście zaliczam te monologi do najlepiej napisanych w historii. Ostatnio tylko teksty z "Cienkiej czerwonej linii" Terrence'a Malicka przepełniły mnie taką samą życiową mądrością. Wiele z tych złotych słów powinno przejść do historii kina w miejsce takich zwrotów jak "I'll be back" bądź "You talkin' to me?".

Przyjrzyjmy się aktorstwu, bez którego ten projekt, runąłby niczym domek z kart porwany przez tornado.

Tim Robbins wcielający się w postać Andy'ego pomimo niezbyt wielkiego doświadczenia zagrał rolę swojego życia. Jego bohater to postać troszkę speszona, głęboko przeżywająca to, co go spotyka. Przeżywa on, przeżywa i widz. To chyba największe osiągnięcie na jakie stać aktora. I choć może się wydawać, iż gra Pana Robbinsa jest aż nader minimalistyczna, wystarczy zajrzeć mu głęboko w oczy, aby się przekonać, iż oddał tej roli swoje całe serce.

Oczywiście Morgan Freeman nie pozostaje w cieniu. Ten czarnoskóry aktor zabłysnął już w nagrodzonym wieloma nagrodami filmie "Wożąc Panią Daisy", stając się z miejsca najbardziej popularnym, czarnoskórym aktorem. Red w jego wykonaniu pokazuje, jak życie w więzieniu ukształtowało jego psychikę. Trzyma jednak swój smutek na wodzy, nie dając nic po sobie poznać. Stać go nawet na ironiczne żarty "Jedyny winny w Shawshank". Dla mnie największą zaletą gry aktorskiej Freemana jest to, że do tej pory nie mogę uwierzyć, iż człowiek z takim charakterem mógł kogoś zabić.

Mógłbym z całą pewnością jeszcze długo analizować ten obraz, ale boję się, że doszedłbym do pewnego pułapu, w którym oceniałbym dogłębnie grę statystów. Poprzestanę na tym, co już wcześniej opisałem dodając: "Skazani na Shawshank" to znakomicie opowiedziana historia z głębią ukrytą w fabule i bohaterach, przepełniona symboliką i niesamowitą wyobraźnią. Dzieło to dostarcza (przynajmniej mnie) wiele inspiracji dla duszy i serca. Przypomina mi także, że nie ważne jak źle jest, nie wolno porzucać nadziei. Film Darabonta trwa 2 godziny i 20 minut, ale z Wami pozostanie już do końca.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 95% uznało tę recenzję za pomocną (697 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie
o