Smerfy liczą kasę

  • recenzja kinowa Smerfy 2 (2013)
Kupując bilet na "Smerfy 2", dobrze się rozejrzyjcie. Jeśli za rękę nie trzyma Was dziecko w wieku przedszkolnym, a sami nie jesteście ortodoksyjnymi fanami cyklu – takimi, dla których obecność Smerfów na ekranie będzie wystarczającym zadośćuczynieniem za dwie godziny gehenny – proponuję w tył zwrot. Film Rajy Gosnella zaprzecza wszystkim wartościom wyznawanym przez uwznioślonego nostalgią dwóch pokoleń ojca cyklu, Pierre'a "Peyo" Culliforda.

Punkt wyjścia jest sensowny; scenarzyści wybrali bodaj najciekawszy wątek z całej smerfnej mitologii. Oto bowiem cofamy się do momentu narodzin Smerfetki – istoty nikczemnej, zrodzonej z czarnej magii Gargamela, o symbolizujących mrok i nieujarzmioną naturę ciemnych włosach. Zamieniona przez Papę Smerfa w uczynną i pogodną blondynkę Smerfetka przechodzi na jasną stronę mocy i osiedla się w wiosce swoich pobratymców. Oczywiście, nic nie trwa wiecznie. Gargamel, robiący teraz karierę we Francji jako iluzjonista, szykuje się do odbicia swojej "córki" i przejęcia z jej pomocą władzy nad światem. I tak, błękitni milusińscy wyruszają Smerfetce na odsiecz, przy okazji demolując pół Paryża i po raz kolejny wciągając w całą intrygę safandułowatego Patricka (Neil Patrick Harris) – tym razem w duecie ze swoim jowialnym dziadkiem, Victorem (najlepszy w całym filmie Brendan Gleeson).

Przeszłość będzie nas raz po raz dopadać, ale z pomocą prawdziwych przyjaciół możemy stawić jej czoła – przekonują chóralnym głosem Smerfy. To ładne motto, do tego powtarzane na tyle często, że może zagnieździć się w dziecięcych główkach. Szkoda tylko, że twórcy ilustrują je tak konwencjonalnymi, prymitywnymi, pozbawionymi krzty polotu scenami. Pół biedy, gdy reżyser Raja Gosnell bawi się w slapstick i zrzuca na głowę bohaterów ciężkie przedmioty albo udziela im okrutnych lekcji za nieostrożność lub nadmierną pewność siebie – jest to uzasadnione konwencją i momentami śmieszy. Problem pojawia się, gdy zaczyna puszczać oczko do starszego widza. Czerstwe seksualne aluzje, łopatologiczne nawiązania do popkulturowych aktualności, ogrywanie do znudzenia stereotypów narodowych, płciowych i rasowych – film Gosnella to dziecko kalkulatora i stacji Sillicon Graphics, nie ma w nim ani miłości do kina, ani do Smerfów.

Honoru obrazu broni oczywiście klakier, kocisko na piątkę z plusem. Zwierzak dostał nowy garnitur ruchów, grymasów i mruknięć. Twórcy nie wykorzystują go w żaden pomysłowy sposób, ale to wciąż kot, stworzenie, które rządzi światem i które siłą rzeczy budzi szacunek. Dziecko powie: "Jeszcze kotek!". Dorosły doda: "Zawsze coś". 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 72% uznało tę recenzję za pomocną (100 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

o