Recenzja filmu Strażnicy Galaktyki vol. 2 (2017)
James Gunn
Waldemar Modestowicz

Space operetka

Już otwierająca sekwencja dobitnie wskazuje, że styl opowiadania pozostał taki, jak w pierwszej części. Strażnicy ochraniają najdroższe w galaktyce "baterie", walcząc z bliżej nieokreślonym ...
Filmweb sp. z o.o.
Wyobraźmy sobie, że "Strażnicy Galaktyki" to nie filmy, ale cyrkowe sztuczki. Część pierwszą widzę jako próbę skoku przez płonące salto: większość widzów była pod takim wrażeniem tego, że James Gunn doszczętnie nie spłonął, że mało kto zwracał uwagę na ślady osmalenia. "Vol. 2" przypomina bardziej spacer po linie – nadal jest ryzykownie, choć z innych powodów, a spektakularne wygibasy (czy inaczej; akcja, przygody, humor i nostalgia) skutecznie odwracają uwagę od niebezpiecznych chwil utraty równowagi.

photo.title

Już otwierająca sekwencja dobitnie wskazuje, że styl opowiadania pozostał taki, jak w pierwszej części. Strażnicy ochraniają najdroższe w galaktyce "baterie", walcząc z bliżej nieokreślonym kosmicznym paskudztwem. Mamy dużo śluzu, macek, jeszcze więcej zębów i wściekły ryk, przytłumiony, bo Rocket wziął na walkę głośniki i muzykę od Star Lorda. Kto jednak oczekuje, że w rytm Electric Light Orchestra nasyci się batalistycznymi scenami, ten jest w błędzie… Podczas seansu zostałem tak zrobiony w konia jeszcze kilka razy, za każdym rżałem też jak koń, ze śmiechu. Nie trzeba było się na szczęście powstrzymywać, bo reakcje widzów –identyczne. O ile zabawne sytuacje wypadają świetnie, a gagi działają jak należy, o tyle dialogowe przekomarzanki nader często brzmią sucho, pomimo sprośnych żartów, czy nawet szczypty czarnego humoru. Problem pogłębia niestety polskie tłumaczenie, wielokrotnie na siłę "ufajniające" oryginał. Rozumiejącym angielski radzę: ignorujcie napisy, zwłaszcza, że dykcja jest wyraźna i aktorów nietrudno zrozumieć.

Brak albo, ocierając się o spoiler, "zmiana perspektywy" podczas otwierającej sceny walki nie oznacza bynajmniej, że filmowi brakuje akcji. W widowisku znajdziemy gwiezdne bitwy, kosmo-spluwy, wymyślne pułapki, porcję walki wręcz oraz parę innych, dziwacznych pomysłów – a to ukłon w stronę Hitchcocka, a to przypomnienie kultowej gry wideo. Wszystko jednak gra i pasuje, podobnie jak muzyka. "Awesome mixtape vol.2" nie tylko podkręca akcję, lecz także dopełnia ekranowe wydarzenia. Miła, po "Suicide Squad" i "Kongu", odmiana. Warto dodać, że efekty specjalnie wyglądają w kinie bajecznie. Dosłownie, ze względu na ogólną stylistykę filmu, i w przenośni, ze względu na jakość wykonania.

Najbardziej nierównym elementem filmu są interakcje bohaterów. Na pierwszy plan wysuwa się motyw rodziny – patchworkowej, niekiedy patologicznej, jednak potrafiącej dopiąć swego w obliczu rozmaitych zagrożeń. Nie przeszkadza mi, że podobny motyw widziałem w kinie setki razy, jeśli film potrafi zaangażować mnie emocjonalnie. Strażnikom ta sztuka udaje się częściowo. Wszystko jest przemyślane i uzasadnione, każdy bohater dostaje właściwą ilość czasu na ekranie, a finał szczerze wzrusza. Największym mankamentem był dla mnie kompletny brak chemii pomiędzy Peterem i Gamorrą. Motywację Nebuli i Yondu rozumiem, ale ich nie czuję. Jest też obowiązkowa scena rzucania piłki ojca i syna, od której bolą oczy… Bardzo podobali mi się natomiast Mantis, Mały Groot, Drax. Nie sądziłem, że to kiedyś napiszę, ale Dave Bautista potrafi momentami ukraść całe show! Na plus oceniam też postać czarnego charakteru, dość nietypowego wśród gromady seryjnie produkowanych niegodziwców.

"Vol. 2" stanowi godną kontynuację widowiska "o gadającym szopie i humanoidalnym drzewie w kosmosie", po której obejrzeniu nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać na trzecią część. Nawet, jeśli James Gunn miałby następnym razem przy swoich akrobacjach mocno się poturbować.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (21 głosów).
badboyfriend
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

o