Recenzja filmu Aviator (2004)
Martin Scorsese

Subtelna granica między pasją a szaleństwem

Film Martina Scorsese wywołał rozbieżne opinie zarówno wśród krytyków, jak i wśród widzów. Zdecydowanie opowiadam się po stronie entuzjastów ekranizacji. Przenieść na ekran biografię Howarda ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Aviator (2004)
Film Martina Scorsese wywołał rozbieżne opinie zarówno wśród krytyków, jak i wśród widzów. Zdecydowanie opowiadam się po stronie entuzjastów ekranizacji.

Przenieść na ekran biografię Howarda Hughesa, żeby nie wyjść poza granice dobrego smaku, to ciężki kawałek chleba. Jednak udało się. Co prawda zabrakło rozwinięcia paru wątków, chociaż niektórzy twierdzą, że film i tak był za długi, z czym się kompletnie nie zgadzam. Zmieścić najbardziej "kwitnący" okres życia Hughesa w raptem 170 minutach to nie lada wyczyn!

Bohater filmu jest młodym milionerem dziedziczącym majątek firmy Hughes Tool Company. Jako jeden z najmłodszych i najbogatszych ludzi kręci najdroższy jak na tamte czasy film "Aniołowie piekieł", romansuje z pięknymi i sławnymi kobietami, a do jego "kolekcji" trafiają między innymi ekscentryczna Katharine Hepburn, żądna sławy Jean Harlow czy piękna Ava Gardner. Na takich błahostkach nie poprzestaje: bije rekordy prędkości w lotnictwie, prowadzi firmę lotniczą TWA - przy czym nieraz ociera się o bankructwo, korupcję, a pomimo tego cało wychodzi z opresji - głównie dzięki swoim wiernym współpracownikom. Te wszystkie pasje zaczynają doprowadzać go do szaleństwa, co objawia się dystansem do ludzi oraz strachem przed wszelkim brudem i zarazkami. Przez to przylgnęła do niego etykietka bogatego ekscentryka.

Nakręceniem biografii zajął się Martin Scorsese. Najwyraźniej po "Wściekłym byku" czy "Chłopcach z ferajny" Hollywood poznało specyficzny styl tego reżysera, który zawsze zapewnia sukces. Bo nie ukrywajmy - film jest komercyjny i miał na celu przyciągnięcie jak największej ilości widzów do kin, a przy tym przychylność krytyki. Z obiema rzeczami było różnie, ale Scorsese wyszedł z tego chaosu zwycięsko. Uważam, że Akademia wrednie go ignorowała przez kilka lat, gdy kręcił naprawdę wielkie dzieła, a gdy zrobił film już tylko bardzo dobry - również tego nie doceniła. W tym roku najwidoczniej miała wyrzuty sumienia i reżyser dostał statuetkę, ale nie za ten film co powinien ("Infiltracja"). Fakt faktem, człowiek ten jest nieprzeciętnie zdolny i tej strony w filmie nie ma się co czepiać - wiadomo, że spełnia oczekiwania.

Nieprzychylne opinie wędrują w stronę scenarzysty. Mało rzetelny pan John Logan niektóre rzeczy niepotrzebnie wydłużył (sceny, kiedy Hughes siedzi zamknięty w sali kinowej, są nieco przydługie i nudnawe - niestety muszę to przyznać). Natomiast za mało rozwinięty wątek romansowy - po wątku z Katharine Hepburn można było poczuć niedosyt, a związek z Avą Gardner został potraktowany zupełnie po macoszemu, chociaż był najprawdopodobniej jednym z ważniejszych w życiu Hughesa. Poza tym większych zastrzeżeń nie mam. Reżyseria wynagrodziła braki w scenariuszu.

Katharine Hepburn, Ava Gardner, Howard Hughes, Jean Harlow - ktoś musiał oddać ducha tych postaci. Leonardo DiCaprio w tytułowej roli wreszcie pokazał na co go stać, po dość kiepskiej roli w "Titanicu", skąd zna go szersza publiczność. Oczywiście namiastki talentu ukazał również w produkcjach typu "Co gryzie Gilberta Grape'a", ale teraz poszedł na całość. Brawurowo, spontanicznie, realistycznie - taki był Howard, i tak zagrał go Leonardo. Może wreszcie odczepi się od niego ta idiotyczna etykietka "idola nastolatek". Szkoda tylko, że nie dostał statuetki, bo w pełni na to zasłużył.

Kobiety Hughesa, a w szczególności Cate Blanchett i Kate Beckinsale stanęły na wysokości zadania. Ta pierwsza zresztą, została nagrodzona Oscarem. Znakomicie zsynchronizowała się ze swoją bohaterką, pokazując nam, jak specyficzną osobą była Katharine. Jednak większy popis dała Kate Beckinsale jako Ava. Niestety, scenarzysta poświęcił bardzo mało miejsca w filmie tej ważnej postaci i na nasze, czyli widzów, nieszczęście, nie ujrzeliśmy całego kunsztu aktorskiego Kate, jaki zapewne zeprezentowałaby po rozwinięciu roli. Gwen Stefani jako Jean Harlow miała niewielki wkład. Miała się po prostu dobrze prezentować u boku Hughesa i wypowiedzieć jedno zdanie. Powiem szczerze: wolę tę panią jako piosenkarkę.

Za pomocą nowoczesnej techniki udało się nakręcić znakomite sceny lotnicze, w szczególności kręcenie "Aniołów Piekieł". Te momenty wbijają widza fotel, a w szczególności, gdy głowie kołacze myśl, że to nie fantazja scenarzysty i że dobre ponad pół wieku temu kręcono filmy w takich warunkach i są one teraz klasyką kina. A teraz do zrobienia takich scen wykorzystanoby technikę komputerową.

Niezastąpiona Sandy Powell zajęła się kostiumami. Nie dziwię, się Akademii Filmowej, że znów nagrodziła ją Oscarem (wcześniej "Zakochany Szekspir"). Wręcz przeciwnie: zdziwienie by mnie ogarnęło, gdyby tej nagrody jej nie przyznano. Kostiumy są mocną stroną tego filmu i idealnie oddają klimat lat 20/30/40 XX wieku.

Muzyka nie powala na kolana. Co prawda, gdy akcja filmu dzieje się w ówczesnych klubach jest dobrze, ale poza tym kompozycje nie zapadają w pamięć. Szczerze mówiąc Howard Shore mógł się odrobinę bardziej postarać. Po "Władcy Pierścieni" spodziewałam się po nim o wiele więcej, bo akurat muzyka z trylogii na długo we mnie pozostała.

Podsumowując te wszystkie w większości plusy i niewielkie minusy, polecam ten film. Nie sugerujcie się opiniami krytyków, bo często mają oni rozbieżne gusta z widzami, a "Aviatorowi" na pewno nie można odmówić tego, że jest fantastycznych filmowym widowiskiem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (23 głosy).
Woordoo
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)