Recenzja filmu Przełęcz ocalonych (2016)
Mel Gibson

Szalona odwaga

Na wyrost można by stwierdzić, iż "Przełęcz ocalonych" to "Szeregowiec Ryan" naszych czasów. Nowy tytuł zrobiony jest z biglem, duszą i sercem. Reżyseria to koronkowa robota, muzyka świetnie ...
Filmweb sp. z o.o.

Przykład Mela Gibsona idealnie obrazuje znane powiedzenie prawiące, iż "sława na pstrym koniu jeździ". W latach 90. oraz na początku nowego millenium aktor był filmowym bogiem, bożyszczem tłumów i cenionym twórcą. Przystojny, charyzmatyczny i utalentowany gwiazdor sprawdził się równie udanie po obu stronach kamery, niczym kolega po fachu, Clint Eastwood. Niestety, dwie poważne wpadki związane z niepochlebnymi, łagodnie rzec ujmując, wypowiedziami przesiąkniętymi rasizmem z dnia na dzień zapewniły Gibsonowi status "persona non grata" w Hollywood. Po długiej przerwie od pełnoprawnego kina, aktor i reżyser w jednym otrzymał szansę na powrót w glorii i chwale do filmowego światka. Czy niegdysiejszy łamacz damskich serc skorzystał z okazji darowanej mu przez los?



Desmond Doss (Andrew Garfield) nie miał łatwego dzieciństwa. Wieczne burdy wszczynane przez ojca (Hugo Weaving) w stanie alkoholowego upojenia przypominały obrazek z życia rodziny patologicznej. Pomimo przeciwności losu, Dossowi udaje się wyjść na ludzi. Gdy jego brat zaciąga się do służby wojskowej, by wziąć udział w II wojnie światowej, Desmond również postanawia przysłużyć się ojczyźnie. Chłopak zostawia swoją jedyną miłość, śliczną Dorothy Shutte (Teresa Palmer), by spełnić obywatelski obowiązek. Religijny młodzian przyrzeka sobie, iż w żadnym wypadku nie weźmie broni do ręki. Przeznaczeniem Dossa jest bowiem ratowanie ludzkich istnień jako medyk, a nie ich odbieranie. Niestety, Desmond przejdzie istną drogę przez piekło w koszarach, w których odmowa korzystania z uzbrojenia jest równoznaczna z wydaleniem ze służby. Chłopak musi dowieść, że jest godny noszenia munduru na polu bitwy...



Nie sądziłem, że w dzisiejszych czasach możliwe jest wyprodukowanie pełnokrwistego (dosłownie) filmu wojennego, który choć na milimetr zbliżyłby się do kultowego "Szeregowca Ryana". Obraz Spielberga to dzieło kompletne, pełne brutalności i świetnie obrazujące koszmar wojny. Na szczęście dla widzów, "Przełęcz ocalonych" czerpie sporo elementów z duchowego protoplasty, jednocześnie szanując materiał źródłowy.



Reżyseria filmu to pierwszorzędna robota. Gołym okiem widać, iż Gibson przez lata odczuwał autorski głód, któremu dał ujście w najnowszym hicie. Sceny batalistyczne, mimo iż stosunkowo "kameralne", zyskują koloryt dzięki świetnej pracy kamery i dosadnie zobrazowanej przemocy. Bliskie ujęcia z dynamicznym drugim planem, obiektyw wędrujący w samo serce wojennej pożogi czy języki ognia buchające wprost w środek ekranu pozwalają publiczności poczuć atmosferę bitwy. Wspomniana wcześniej brutalność uderza z kolei jak grom z jasnego nieba. Po lekko przesłodzonym początku, opartym w dużej mierze na wątku romantycznym, wyprawa wojaków na front to strzał między oczy. Nieznośne napięcie towarzyszące żołnierzom sięga zenitu w momencie, gdy pada pierwsza seria z karabinu, a pole bitwy zamienia się w poligon. Jeden z żołdaków "na dzień dobry" traci obie nogi, inny zostaje przeszyty pociskami, kolejnego nieszczęśnika eksplozja rozrywa na pół... Co ważne, poza pojedynczymi momentami nadmiernej egzaltacji przemocą (motyw z "tarczą" pachnie groteską), ekranowy brutalizm to środek, a nie cel sam w sobie. Innymi słowy, to właśnie dzięki tak dosadnym zabiegom jak na dłoni widać, jakim piekłem jest wojna. W jednej chwili można siedzieć bezpiecznie za zasłoną, by sekundę później stracić głowę (dosłownie) w bitewnym zgiełku...



Przyznaję, iż reszta filmu nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak sekwencje rozgrywające się w okopach II wojny światowej, tym niemniej całościowo "Przełęcz ocalonych" i tak stanowi kawał dobrego kina. Nadmieniony wcześniej słodkawy początek dla równowagi ma parę mroczniejszych wątków dodających prologowi głębi. Poza tym intensywny romans szybko ustępuje miejsca przygotowaniom Desmonda do czynnej służby, który to motyw przypomina "Full Metal Jacket", "Wzgórze złamanych serc" oraz innych przedstawicieli gatunku. Krzykliwy sierżant Howell z licem Vince'a Vaughna traktujący podwładnych jak śmieci, stawianie czoła prześladowaniom oraz sam trening udanie budują preludium do teatru wojny mającego później miejsce.



Twórcom "Przełęczy ocalonych" udało się osiągnąć coś, czego coraz rzadziej doświadcza się w kinie. Dzięki zróżnicowaniu indywiduów wchodzących w skład "kompanii braci", charakterystyczni żołdacy szybko zaskarbiają sobie sympatię kinomanów. Przystojniacha o ksywie "Hollywood", młodzian o polskich korzeniach czy sam Howell ukazujący ludzką twarz są na tyle wyraziści, iż nawet w wojennym chaosie śledzenie ich poczynań nie nastręcza trudności; ba, widz autentycznie zżywa się z bohaterami i kibicuje nietypowej ekipie do samego końca.



Doświadczenie zdobyte na planie produkcji "Byliśmy żołnierzami" oraz talent Gibsona sprawiły, iż reżyser zręcznie manewruje na granicy patosu i patetyczności. Parę scen niebezpiecznie ociera się o banał, ale brutalny entourage idealnie tonuje pompatyczny charakter filmu. Ciekawe, że w narracji znalazło się też miejsce na podkreślenie honorowości azjatyckich żołnierzy. W jednej scenie Gibson ukazał coś, co Eastwoodowi zajęło kiedyś cały film.



Osoby odpowiedzialne za casting do produkcji nie bały się ryzyka. Pierwszą niewiadomą był wybór Garfielda do głównej roli. Po fiasku związanym z ostatnim "Spider-Manem" aktor został niejako odsunięty na boczny tor. Szczęśliwie chłopak znalazł angaż u Gibsona i odpłacił się mu za zaufanie z nawiązką. Bez wątpienia to na barkach Garfielda spoczywa ciężar filmu, aczkolwiek garnitur gwiazd wypełniających ekran w mniejszych i większych kreacjach też robi swoje. Bodaj najciekawszym zabiegiem było obsadzenie Vince'a Vaughna w osobie twardego i bezdusznego, na pierwszy rzut oka, sierżanta. Aktor o wybitnie komediowym emploi od jakiegoś czasu próbuje odciąć się od korzeni, czy to w serialu "Detektyw" czy w "Przełęczy ocalonych" właśnie. W tym ostatnim Vaughn dobrze się wpasował przede wszystkim dzięki umiejętnie nakreślonej postaci ze zręcznie napisanymi i zabawnymi wstawkami. Pamiętacie sierżanta Hartmana z dzieła Kubricka rzucającego inwektywami na lewo i prawo? Howell to jego mniej cięta wersja. Na dokładkę "gwiazdozbiór" upiększa jak zawsze świetny Hugo Weaving, Sam Worthington oraz prześliczna Teresa Palmer jako ukochana protagonisty.



Na wyrost można by stwierdzić, iż "Przełęcz ocalonych" to "Szeregowiec Ryan" naszych czasów. Nowy tytuł zrobiony jest z biglem, duszą i sercem. Reżyseria to koronkowa robota, muzyka świetnie podbija dramaturgię starć, zaś esencja filmu, tj. walka na froncie, stanowi istny spektakl przemocy przypominający czasy, w których producenci nie bali się łożyć pieniądze na brutalne kino. Paradoksalnie, okrojony budżet "Przełęczy ocalonych" wyszedł obrazowi na dobre, ograniczając zakres działań wojennych do skali zwykłego oddziału. I do tego to sentymentalne zakończenie będące hołdem złożonym wszystkim żołnierzom, którzy oddali życie w obronie własnych ideałów... To oficjalne – Mel Gibson wraca na piedestał, dostarczając wygłodniałym widzom solidny film wojenny.

Ogółem: 8=/10

W telegraficznym skrócie: dobry reprezentant kina wojennego spod ręki Gibsona; punkt kulminacyjny obrazu zdecydowanie stanowią sekwencje starć, których brutalność w dobie dzisiejszego wygładzania filmów szokuje; świetna reżyseria pozwala widzowi znaleźć się w centrum wydarzeń; członkowie kompanii są na tyle zróżnicowani, iż każdy powinien znaleźć swojego ulubieńca i trzymać zań kciuku do końca seansu; muzyka budująca klimat dobrana bez pudła; brawo, panie Gibson.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 92% uznało tę recenzję za pomocną (122 głosy).
kulak4
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie