Recenzja filmu Godziny szczytu 3 (2007)
Brett Ratner

Szczytowanie po raz wtóry

Wyszczekany detektyw Carter i powściągliwy inspektor Lee wrócili po dobrych sześciu latach. Może to i nawet fajnie, ale szczytowanie po raz trzeci bywa czasem męczące. I dla widzów, i dla ...
Filmweb sp. z o.o.
Fani serii są zapewne zachwyceni. Wyszczekany detektyw Carter i powściągliwy inspektor Lee wrócili po dobrych sześciu latach. Może to i nawet fajnie, ale szczytowanie po raz trzeci bywa czasem męczące. I dla widzów, i dla twórców.

Ludzie, jak wiadomo, od zawsze wiążą się w pary. Kobieta z mężczyzną, pies z policjantem, chudy z grubym, wysoki z niskim, ładna koleżanka z brzydką koleżanką. Na tym nieprzystawaniu do siebie twórcy budują fabuły od początku kina. Jeżeli do tego dodamy, że różnica w fizjonomii pociąga za sobą różnice w charakterze, to mamy gotową parę bohaterów, którzy powinni ponieść akcję filmu i w zależności, z jakim gatunkiem mamy do czynienia, sprawić byśmy płakali lub śmiali się.

Ta stara jak świat recepta sprawdziła się w przypadku pierwszej części "Godzin szczytu".
Filmy Ratnera to potrawa przypominająca nieco "Zabójczą broń" dla nastolatków w stylu egzotycznym. Wszystko jest jednak odpowiednio inaczej wymieszane. Tak więc czarnoskóry glina jest wygadany i swoim nieustającym kłapaniem oraz ciętym jęzorem buduje dowcip. Żółty policjant jest człowiekiem grzecznym i ugładzonym (wiadomo - Chiny, Konfucjusz i inne takie). Czarny bierze wszystkie dziewuchy, bo jego urokowi żadna nie jest w stanie się oprzeć. Żółty niby jest pierdoła, ale jak zacznie wymachiwać rękami i nogami, to czarnoskóry bohater wymięka. Dwa kraje, dwie kultury, dwa style walki i bycia - i mamy gotowy produkt uniwersalny.

W trzeciej części serii bohaterowie trafiają do Paryża. Wszystko z powodu triady, która gotowa jest wszelkimi metodami chronić swojej tajemnicy. Na miejscu spotykają m.in. uprzedzonego do Stanów taksówkarza oraz tajemniczą, seksowną dziewczynę, która zarabia na życie występami w nocnym klubie. Jak się to wszystko streszcza, to wydaje się, że wszystko co być powinno, rzeczywiście się tu znajduje, zawinięte w nowe europejskie opakowanie. Rzecz jednak w tym, że jakkolwiek rozrywkowe kino akcji zbyt głębokiej, a nawet specjalnie logicznej fabuły mieć nie musi, to jednak powinna ona choć trochę zaprzątać widza. Tutaj wszystko jest na siłę. I trudno mi sobie wyobrazić kogoś, kogo rzeczywiście interesuje, co się stanie z naszymi bohaterami. Wygląda to tak, jakby Tucker, Chan i Ratner umówili się, że zrobią ten film, bo każdy chciałby zmienić meble w sypialni. Trzeba więc było szybko napisać scenariusz i brać się do roboty, aby mieć to już z głowy.

"Godziny szczytu" to przede wszystkim Jackie Chan. Tucker, będący swoją drogą całkiem przyzwoitym komikiem, filmu by nie pociągnął. Nie chodzi o to, że się obaj panowie uzupełniają, ale o fenomenalne sekwencje akcji. Jackie Chan potrafi ze scen walki uczynić prawdziwe majstersztyki, a co więcej, są one pełne świeżości, witalności i humoru. Ja przynajmniej stanowczo wolę ekwilibrystykę Chana niż pompatyczne, nadęte powietrzne balety w stylu "Hero". Tym razem to właściwie jedyny element, który ratuje trzecią odsłonę serii przed klęską.

Chan to człowiek, który ciężką pracą wypracował sobie sukces w Ameryce. Początkiem była "Draka w Bronkksie", a przełomem - "Godziny szczytu". Widać, że z każdym rokiem czuje się on coraz lepiej w amerykańskiej fabryce snów. Brett Ratner to sprawny rzemieślnik kina akcji. Tym bardzie, więc rezultat jest rozczarowujący. Jedyne, co naprawdę zabawne w "Godzinach Szczytu 3" to Roman Polański, który małą rólką francuskiego komisarza kradnie kolegom zza oceanu cały film. Jak widać, Polak potrafi.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 21% uznało tę recenzję za pomocną (24 głosy).
Krzysztof Michałowski
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie
o