Recenzja filmu Katyń (2007)
Andrzej Wajda

Szukajac Wajdy

Pamiętam, jak Wajda kręcił "Katyń" w Krakowie - czasem jakąś boczną uliczką przejechał czołg, a czasem nie można się było dostać na uczelnię, bo tam akurat postawiono zasieki. Bardzo czekałam na ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Katyń (2007)
Pamiętam, jak Wajda kręcił "Katyń" w Krakowie - czasem jakąś boczną uliczką przejechał czołg, a czasem nie można się było dostać na uczelnię, bo tam akurat postawiono zasieki. Bardzo czekałam na ten film, jestem prawdziwym laikiem historycznym i o Katyniu wiem tyle, co każdy przeciętny obywatel. A tu nagle Wajda miał zabrać głos, pierwszy filmowy głos na ten temat. Wajda, ten Wajda. Wajda zabiera głos i wszystkim reklamuje swój film jako wielki krzyk prawdy. Tak w istocie usłyszałam tylko mały skrzek.

Nie mamy głównego bohatera, to prawda - mamy kilku i choć akcenty na poszczególnych postaciach nie są równomiernie rozłożone, to łączy ich jedno: są albo czarni, albo biali. Wszystkie panie na ekranie są krystalicznie czyste, wierzą w to, że mąż wróci, są gotowe dać się zamknąć w obozie, by nie musieć podpisać fałszywego oświadczenia, mamy też jednego młodzika, który rezygnuje z dalszej nauki. Oczywiście na rzecz prawdy. Oni wszyscy nie mają wad, mają Idee i to przez duże "I", za które chętnie oddadzą życie. Na ekranie mamy też oczywiście tych złych - oprócz Sowietów i Niemców - również dyrektorkę szkoły, która oświadcza, że "Polska nigdy nie będzie wolna", no i Majora, ale z Majorem to już bardziej skomplikowana historia. Major spotyka Dobrą Kobietę i zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. I rozumie swój błąd. I rozumie, że prawda jest cenniejsza niż wszystko! A potem strzela sobie w łeb. Ja też miałam ochotę. A to był dopiero początek.

Nie chodzi o to, że takie postaci wtedy nie istniały - oczywiście, że istniały. Chodzi o to, że u Wajdy widzimy tylko takich ludzi, krystalicznych albo brudnych, są szablonowi i takie też są zdania, które wypowiadają. Są nakreśleni grubą kreską tak, żeby przypadkiem widz się nie pomylił w ich ocenie. Są całkowicie nierealni, sztuczni, właśnie przez to, że jednowymiarowi. Kiedyś Borowski pisał o tej "odwróconej moralności" w czasie wojny, pisał o tym, że ludzie w rzeczywistości wojennej, a w ogólniejszym wymiarze - w rzeczywistości skrajnej, muszą często dostosowywać się do tego, co jest wokół nich, żeby przetrwać. Pisał nie po to, żeby ich oceniać, bo nie mamy takiego prawa, pisał między innymi po to, żeby zaznaczyć nam, jak bardzo tamta rzeczywistość zmieniała ludzi, wywracała hierarchie wartości do góry nogami. Bohaterowie Wajdy nie mają racji bytu nawet dziś, a co dopiero tam, wtedy. A na pewno nie w takim natężeniu.

Dalej jest jeszcze gorzej. Czułam się jakby posadzono mi na wykładzie i tłumaczono wszystko po kolei - tak masz myśleć, tak widzieć, tak czuć. Nie mogłam znieść tych nachalnych symboli, banalnych schematów, patetycznych tekstów ("myślisz żem szalona!", to mój ulubiony) wszędzie - w narracji, w obrazie, aktorstwie. Wajda traktuje w tym filmie widza jak idiotę, któremu trzeba powiedzieć wszystko od A do Z, wytłumaczyć jak dziecku, nie zostawić ani krzty miejsca na własną interpretacje bohaterów i ich historii, które się dzieją na ekranie. Jest dosadny i przesadny. Nie o to chyba chodzi w kinie. A najgorsze jest, że to wszystko, ten schematyzm czasem aż balansujący na granicy kiczu, nie jest wynikiem tego, że Wajda nie potrafi inaczej w kinie opowiadać. On po prostu tego nie chciał. Wszyscy znamy te piękne, symboliczne sceny z poszczególnych jego filmów - zapalanie kieliszków spirytusu w "Popiele i diamencie" czy dojście do krat kanału w "Kanale". To są sceny, których się uczy w szkołach (i doskonale), które zaczepiają się w podświadomości, przez piękną, wymowną, ale nienachalną symbolikę. Które w pewien sposób naprawdę uczą patriotyzmu. Kiedyś Wajda mówił o polskości zupełnie inaczej. Wiem, że to potrafi.

Mam wrażenie, że po 89 roku cała filmowa historia Wajdy skupia się tylko na pieczołowitym głaskaniu i pielęgnowaniu naszego wewnętrznego sarmatyzmu, mesjanizmu i prometeizmu. Mówieniu o naszej historii, polskości z tak pokutującym u nas przepychem i przesadą. W całym "Katyniu" podobały mi się dwie sceny: gdy Żmijewski mówi Bułhakowem (takiego Wajdę lubię - gdy mówi metaforami, odniesieniami, archetypami i symbolami. Gdy każe mi myśleć) i ostatnia sekwencja. Myślę, że te właśnie ostatnie 10 minut filmu w zupełności wystarczyłyby za całą prawdę o Katyniu.

O historii nie wolno zapominać, ale w tej Polskiej, mamy tylu prawdziwych bohaterów, że to o nich właśnie trzeba mówić. Mamy tyle ofiar, jak chociażby katyńscy oficerowie, że to o nich trzeba pamiętać. Moim zdaniem Wajda się gdzieś w tym filmie zagubił i Oni, ci którzy mieli być głównymi bohaterami "Katynia", byli sobie tam gdzieś, na drugim planie. Przysłonięci, przykro mi to mówić, tandetą. I szeregiem zbędnych słów.

Wciąż szukam w nowym Wajdzie starego Wajdy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 72% uznało tę recenzję za pomocną (39 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (17)

zobacz wszystkie
o