Recenzja filmu Czarny kocioł (1985)
Richard Rich
Ted Berman

Ten mroczny i przerażający... Walt Disney?!

Co może powstać, jeśli spotkają się spadkobiercy Walta Disneya, spece od marketingu i Tim Burton przebierający garściami w makabresce, a na dokładkę Lloyd Alexander, który sprzeda ww. prawa do ...
Filmweb sp. z o.o.
Co może powstać, jeśli spotkają się spadkobiercy Walta Disneya, spece od marketingu i Tim Burton przebierający garściami w makabresce, a na dokładkę Lloyd Alexander, który sprzeda ww. prawa do ekranizacji jednej z jego powieści fantasy? Odpowiedź? Coś dziwnego, bliżej nieokreślonego, makabrycznego, a jednocześnie irytującego za sprawą swojej miałkiej fabuły, która nijak ma się do przepełnionej trupiarnią scenografii.

25. klasyczna animacja Disneya opiera się na jednej z części bardzo popularnego cyklu fantasy Lloyda Alexandra (praktycznie w Polsce nieznanego). Taran to młodzieniec, któremu marzy się zostanie wielkim rycerzem. Póki co, musi się jednak zadowolić karierą świniopasa. Z czasem jednak okazuje się, że ważąca kilka funtów mała świnka Hen-Wen jest tak naprawdę zwierzakiem o magicznych właściwościach. Zna ona bowiem miejsce położenia "czarnego kotła", niezwykłego naczynia, które w jednych rękach może przynieść pokój na ziemi, w innych zniszczenie. Chrapkę na kocioł ma Rogaty Król (w oryginale obdarzony charakterystycznym głosem Johna Hurta), który chce za jego pomocą przywrócić do życia armię umarłych żołnierzy i przejąć kontrolę nad całym światem. I tak oto przed Taranem pojawia się wyzwanie. Nie tylko musi uciec przed Rogatym Królem, ale i odnaleźć zaczarowany garnek przed nim...

Lata 80. to wielkie być albo nie być dla wytwórni Myszki Miki. Czasy, kiedy nowe filmy Disneya sprzedawały się jak świeże bułeczki, minęły bezpowrotnie. Ostatnim  sukcesem kasowym były "Przygody Kubusia Puchatka" z 1976 roku. Następne projekty "Bernard i Bianka" oraz "Lis i Pies" nie przyniosły wysokich dochodów. Spadkobiercy wuja Walta musieli zakasać rękawy, wynająć cały sztab specjalistów i zrobić wszystko, aby konkurencyjnym wytwórniom gacie opadły ze strachu. Efektem prac miało być zupełnie nowe oblicze Disneya, bardziej śmiałe, odważne, przy tym tak świeże, że martwy Walt miał zmartwychwstać z zachwytu. Bohaterowie, których sylwetki miały błyszczeć na co drugim gadżecie. A kina, miały pękać w szwach. Ostatecznie jednak zrealizowano zaledwie 1/5 z tych planów. O filmie rzeczywiście mówiło się głośno - tyle, że niezbyt pochlebnie.

Niestety, siada najważniejsza podpora każdej produkcji Disneya! To, co mogę zarzucić zaraz po seansie, to nie najlepiej poprowadzone postacie i fabuła, która w pewnym momencie zamiast ciekawić po prostu nuży.  Postacie zamiast intrygować przypominają starą dobrą księżniczkę, walecznego przerysowanego młodzieńca, starszego muzyka, dodanego wyłącznie w celach humorystycznych oraz na odczepnego Gurgi (zwierzątko towarzyszące). Ile tego już było wcześniej?

Za to na pewno z filmem warto się zapoznać ze względu na niesamowitą animację, która osiąga szczyt perfekcji. Na stronę plastyczną filmu wydano bowiem miliony, a całość budżetu zamknęła się w ok. 25 milionach (na tamte czasy był to prawdziwy rekord). Za scenografię odpowiedzialny jest sam Tim Burton, który wówczas jeszcze raczkował w wytwórni Disneya. Nie ma porównania z tym, co Disney pokazał w "Lisie i Psie". Nawet "Mała Syrenka" blednie miejscami przy tak bogatym w szczegóły miejscom akcji. Oczywiście Burton nie odmówił sobie przyjemności i tak możemy zobaczyć niezwykle efektowną sekwencję wskrzeszenia armii umarłych. Warto bowiem dodać, że kilka klatek z filmu na stałe zapisało się w historii studia - w niektórych czołówkach do słynnego cyklu - "Walt Disney przedstawia" da się bowiem parę takich scen znaleźć.

Na końcu jako równie ważna - oprawa muzyczna. "Taran i magiczny kocioł" jest pierwszą animacją, w której zrezygnowano całkowicie ze wstawek wizualno-wokalnych, pozostając wyłącznie przy partyturze Elmera Bernsteina. Co zresztą zrobiono słusznie, gdyż szczerze powiedziawszy, trudno mi sobie wyobrazić, aby nasi bohaterowie w obliczu niebezpieczeństwa, mieli nagle stanąć w miejscu i zacząć śpiewać. Disney tak umiejętnie wykreował tu świat przedstawiony, że jakiekolwiek popisy wokalne wydają się nie na miejscu. Niestety zamiast tego mamy pokraczne, przesłodzone dialogi. W scenografii, gdzie panuje przemoc, a krew niemal się leje, taka słodycz może i jest dobra na uspokojenie, ale za nic nie zlepia się w resztą.

Zaraz po premierze Disney musiał pogodzić się z porażką. Przychody, jeśli były zaskakujące, to dlatego, że można uważać je za najniższe z dotychczasowych premier. Dzieci wychodziły przestraszone, a rodzice żądali zwrotu pieniędzy. W zasadzie udało się zaledwie częściowo odrobić budżet za sprawą kampanii reklamowej. Po tak ogromnej i w zasadzie największej porażce w karierze szefowie studia podjęli decyzję, aby wstrzymać się z następnymi szaleństwami na jakiś czas. I tak do dziś dnia marka studia balansuje na linii pomiędzy dobrym i złym kinem, ale granica nie zostaje przekroczona. Na tak wielkie szaleństwo z umarlakami w tle więcej się już nie odważono. Czy słusznie? Odpowiedzmy sobie sami.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).
akira894
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry