Recenzja filmu Pięćdziesiąt twarzy Greya (2015)
Sam Taylor-Johnson

Teoria względności

Liczne sceny nietypowego seksu jednym wystarczą, żeby uznać film za erotyczne objawienie odważnie łamiące seksualne tabu, a innym, żeby uznać go z kolei za najgorszą rzecz, jaka przytrafiła się ...
Filmweb sp. z o.o.
Paliwem napędowym popularności niektórych popkulturowych fenomenów jest ich liczna i głośna grupa tzw. hejterów. Jest to społeczność, która wytrwale i pracowicie buduje szum wokół znienawidzonego zjawiska, często skuteczniej niż jego faktyczni zwolennicy. Zazwyczaj ich zaangażowanie w walkę przeciwko jakiejś osobie/książce/filmowi jest równie niezrozumiałe jak zaangażowanie wiernych fanów. Dzięki temu społecznościowa część internetu kipi od jadowitych elaboratów w miejscach, gdzie w zupełności wystarczyłyby słowa, że coś jest po prostu kiepskie. Po Justinie Bieberze, sadze "Zmierzch" i kilku pomniejszych głupotkach, w ręce hejterów wpadła książka "Pięćdziesiąt twarzy Greya". A następnie jej filmowa adaptacja.

Studentka literatury Anastasia Steele zupełnie przypadkowo poznaje miliardera Christiana Greya. Oczywiście mężczyzna robi na dziewczynie ogromne i onieśmielające wrażenie. Co jest trochę mniej oczywiste, Anastasia również wpada Christianowi w oko. Na przekór własnym obawom mężczyzna zaczyna wprowadzać nowo poznaną kobietę w swój świat - świat, który jest mroczniejszy, niż mogłoby się jej na początku wydawać.

photo.title

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" dzieli się na dwie części. W pierwszej razem z Anastasią czekamy na wyjawienie tajemnicy miliardera, co jest jeszcze całkiem znośne. Christian jest na swój sposób tajemniczy, natomiast studentka wystarczająco niedomyślna, że przez odpowiednio długi czas uważa go za relatywnie normalnego Księcia z Bajki. Niestety wraz z momentem wyjawienia faktu, jakiemu zboczeniu hołduje ukochany bohaterki filmu, historia traci na dynamice. Druga część filmu, której celem przewodnim prawdopodobnie było oswojenie się z sekretem Greya (i być może nawet jego zrozumienie), jest zupełnie nijaka. Nie bardzo wiadomo dokąd historia ma zmierzać i w istocie nie zmierza nigdzie.

Największą bolączką filmu są dialogi głównych bohaterów. Nawet nanosząc poprawkę na to, że "Pięćdziesiąt twarzy Greya" w założeniu jest tanim romansidłem, tylko trochę pikantniejszym od innych, trzeba otwarcie przyznać, że i tak ciężko jest ich wysłuchiwać. Zarówno Dakota Johnson, jak i Jamie Dornan zazwyczaj mają mimikę nieadekwatną do wymawianych właśnie górnolotnych i wyświechtanych frazesów. Para na szczęście minimalnie ratuje wiarygodność w często pojawiających się scenach łóżkowych, w których rzeczywiście czuć między nimi chemię (choć i tak daleko im do klasyków gatunku).

photo.title

Doskonale rozumiem, że liczne sceny nietypowego seksu jednym wystarczą, żeby uznać film za erotyczne objawienie odważnie łamiące seksualne tabu, a innym, żeby uznać go z kolei za najgorszą rzecz, jaka przytrafiła się XXI-wiecznej kinematografii. Jednak patrząc na ten film całościowo, muszę przyznać, że jest on zwyczajnie słaby. Historia jest tandetna, postacie są płytkie, a co druga wypowiedziana kwestia to drewniane cliché. Należy zauważyć, że rzeczywiście jest to coś nowego w filmowej kulturze popularnej, ale skala tej nowości jest niewielka. "Pięćdziesiąt twarzy Greya" tak naprawdę nie zasługuje ani na oklaski, ani na potępienie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (91 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o