Recenzja filmu Gnijąca panna młoda (2005)
Tim Burton
Mike Johnson

Teraz możesz pocałować pannę młodą

Współczesne filmy animowane mają to do siebie, że są albo piękne od strony technicznej, albo pięknie pod względem fabuły. Tylko nieliczni twórcy potrafią połączyć oba te aspekty. Do tej wąskiej ...
Filmweb sp. z o.o.
Współczesne filmy animowane mają to do siebie, że są albo piękne od strony technicznej, albo pięknie pod względem fabuły. Tylko nieliczni twórcy potrafią połączyć oba te aspekty. Do tej wąskiej grupy należą adepci francuskich szkół animacji (Sylvain Chomet z "Triem z Belleville" czy Christian Volckman z "Renaissance"), ekipa ze studia Aardman oraz... Tim Burton. Tego ostatniego pana trudno zaliczyć do reżyserów filmów animowanych, gdyż ma ich na koncie zaledwie dwa (plus klika krótkometrażówek z wcześniejszych lat), ale bezsprzecznie można go uznać za mecenasa filmów animowanych klasycznie. "Miasteczko Halloween" spotkało się z ogromnym uznaniem z mojej strony. Przymierzając się do "Gnijącej panny młodej", zastanawiałem się, czy Burton dał radę udoskonalić ideał. Po trwającym niespełna 80 minut seansie doszedłem do wniosku, że czarodziej z Burbank dokonał niemożliwego.

Fabuła filmu jest w równym stopniu wyśmienita, co dziwna. Oto mamy bohatera Victora, który szykuje się do ożenku z Victorią. Małżeństwo, początkowo planowane jako "z rozsądku", zamienia się w prawdziwą miłość. Gdy już zaledwie godziny dzielą młodych od stanięcia na ślubnym kobiercu, pojawia się przeszkoda w postaci wróconej do życia nieboszczki. Nadgniła niewiasta porywa Victora do świata umarłych i zamierza pobrać się z nim. Jak to się skończy? Tego nie zdradzę, ponieważ recenzja ma zachęcić czytelnika do seansu, a nie zdradzać niuanse fabuły.

Za podstawę scenariusza posłużyła XVIII-wieczna rosyjska legenda mówiąca o zamordowanej pannie młodej, która wróciła po śmierci i porywała młodzieńców z okolicznych wiosek. Burton nie byłby sobą, gdyby nie dodał do tej historii czegoś od siebie. Tym bonusem jest świat zmarłych, dzięki któremu film nabiera kolorów i staje się... musicalem. Tak, "Gnijąca panna młoda" idzie w ślady poprzednika i obok dialogów prezentuje nam częste partie śpiewane. Mieszanka stylów i gatunków doprawdy wybuchowa.

Pierwsze założenie świetnego filmu animowanego spełnione, więc pora na drugie - wykonanie. W tym miejscu należy uklęknąć i bić pokłony przed geniuszem animatorów. Zastosowana przez nich animacja kukiełkowa jest niepowtarzalnie urocza i stylowa. Kukiełki przypominają aktorów użyczających im głosów. Skoro przy dubbingu jesteśmy - Burton pozyskał do filmu doborowe grono aktorów: Johnny'ego Deppa, Helenę Bonham Carter, Emily Watson i Christophera Lee. Wszyscy oni fenomenalnie spisali się w swoich rolach. Oczywiście całość okraszona jest wpadającymi w ucho kompozycjami Danny'ego Elfmana.

"Gnijąca panna młoda" jest wyśmienitą spadkobierczynią "Miasteczka Halloween". Dostajemy tutaj to, co najlepszego oferował poprzedni film animowany sygnowany nazwiskiem Burtona, tyle że w podwojonej liczbie i z garścią nowych pomysłów. Znając częstotliwość, z jaką ten niezwykły reżyser wydaje swoje kukiełkowe perełki, następnego filmu spodziewać należy się za jakieś 10 lat. Do tego czasu czarodziej z Burbank na pewno stworzy coś równie fenomenalnego, a może i jeszcze lepszego? Bądźmy dobrej myśli.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 96% uznało tę recenzję za pomocną (26 głosów).
ukwial
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie
o