Recenzja filmu Gwiezdne wojny: Część V - Imperium kontratakuje (1980)
Wojciech Paszkowski
Irvin Kershner

The force is with you, young Skywalker, but you are not a Jedi yet

Muszę szczerze się przyznać, że wyżej wymienione zdanie (wypowiedziane przez Dartha Vadera) zalicza się do moich ulubionych monologów filmowych. Racjonalny powód? Przede wszystkim genialnie ...
Filmweb sp. z o.o.
Muszę szczerze się przyznać, że wyżej wymienione zdanie (wypowiedziane przez Dartha Vadera) zalicza się do moich ulubionych monologów filmowych. Racjonalny powód? Przede wszystkim genialnie wprowadza do jednej z najmroczniejszych scen, jakie kiedykolwiek widziałem - walki Vadera ze Skywalkerem. Mroczny klimat, ciemne i ciasne pomieszczenia, świetna muzyka Williamsa, mistrzowskie dialogi, a do tego postać Vadera pojawiająca się z ciemności. Czy trzeba czegoś więcej?

Kiedy do kin w 1977 roku wchodziła "Nowa Nadzieja" można powiedzieć, że nikt nie spodziewał się tak wielkiego sukcesu. Widzowie zakochali się w przygodach dzielnego Luke'a Skywalkera, porywczego Hana Solo i pięknej księżniczki Lei. Dlaczego aż tak? Ponieważ wcześniej nikt nie odważył się zrobić dobrego, z wykorzystaniem świetnych efektów specjalnych, epickiego sci-fi (oprócz Stanleya Kubricka i jego genialnej "Odysei", która - nomen omen - zainspirowała Lucasa do stworzenia "Star Wars"). Dawno, dawno temu w odległej galaktyce (czyli przed rokiem 1968 r. - premiera "Odysei 2001") film science fiction kojarzył się widzom bardziej z kiczowatymi potworami, wampirami czy może statkami na kultowych już sznurkach. Dopiero "2001: Odyseja Kosmiczna" odrodziła ten gatunek na nowo. Świetnie zastosowane efekty specjalne (genialne modele statków) oraz scenariusz, który stał się filozoficzną rozprawką o człowieku, jego ewolucji, marzeniach, słabościach, a także o nieskończonym i pięknym wszechświecie. Wracając do głównego tematu, powiem szczerze, po obejrzeniu "Nowej Nadziei" myślałem (jak to zwykle bywa z sequelami), że każda kolejna część będzie gorsza. Jednak myliłem się, i to jak…

W 1980 roku weszła kolejna część "Gwiezdnych Wojen" - "Imperium Kontratakuje". Kolejne miliony widzów w kinach i można powiedzieć z czystym sumieniem kolejne miliony... oczarowane wielkością "Gwiezdnych Wojen". Tak samo było ze mną. Po obejrzeniu filmu byłem w amoku. Przez kolejne dni nie myślałem o niczym innym tylko o Luke'u, Hanie Solo, księżniczce Lei, Darth Vaderze, statkach, mieczach świetlnych etc, etc. Co do ogólnej oceny też nie miałem najmniejszych wątpliwości: arcydzieło, najlepszy film science-fiction, jaki kiedykolwiek nakręcono. Dlaczego przewyższył on moim zdaniem poprzednią część?

Fabuła. Może właśnie pokrótce o niej. Luke Skywalker przebywa wraz z rebeliantami na mroźnej planecie Hoth. Po wyniszczającym ataku Imperium, nasi bohaterowie muszą się rozdzielić: Han Solo i księżniczka Leia trafiają do pięknego miasta w chmurach, zaś Skywalker trafia na bagnistą planetę Dagobah, gdzie mistrz Jedi, Yoda, przygotuje go do walki z Darthem Vaderem, który jest… Przede wszystkim można powiedzieć, że jak pierwsza część gwiezdnej trylogii miała wprowadzić widza do niesamowitego świata "Star Wars", tak druga część miała stać się na dobrą sprawę filmem wielowątkowym, w którym ze względu na historię opowiedzianą w filmie, coś się będzie działo. Nie twierdzę, że "Nowa Nadzieja" to film tylko i wyłącznie przegadany. Nie, nie i jeszcze raz nie. Po prostu w "Imperium kontratakuje" działo się zdecydowanie więcej. Widzimy to od razu w pierwszych 30 minutach: zaginięcie Luke'a czy bitwa na planecie Hoth. Powiem krótko: film w reżyserii Kershnera jest zrobiony tak, abyś widzu drogi się nie nudził.

Następnie gra aktorska. Przede wszystkim poprawił się nam Mark Hamill, który zagrał lepiej niż w pierwszej części. Harrison Ford i Carrie Fisher wypadli bardzo dobrze tak jak w "Nowej Nadziei". Dobrze zagrał również Billy Dee Williams wcielający się w postać Lando. Oczywiście fenomenalny Darth Vader (wydaje się, że jeszcze mroczniejszy niż w jedynce, a to za sprawą genialnego "Imperial March" Williamsa), C-3PO oraz R2-D2. Można powiedzieć, że aktorstwo ludzi, w tym tych przebranych za roboty stoi na wysokim poziomie.

Efekty specjalne. Jak powszechnie wiadomo wielki sukces kinowy "Nowej Nadziei" oznaczał również duży sukces kasowy. No i twórcy nie poskąpili pieniędzy na "Imperium kontratakuje". Jeszcze lepsze modele statków, kilka nowych pomysłów, (exemplum roboty z początkowej bitwy), bardzo dobrze zrobiony (wbrew jego sztucznemu wyglądowi) Yoda. Chyba wolę takiego zielonego mistrza Jedi niż tego komputerowego. Warto zwrócić uwagę na genialne wykonanie miasta w Chmurach - Bespin.

No i chyba najważniejszy punkt, a zarazem ostatni - muzyka. Coś niesamowitego. Film może zasługiwać nawet na miano opery sci-fi za sprawą tak genialnych kawałków jak "Imperial March", "The Battle of Hoth" oraz niezapomnianego tematu tytułowego. Panie Williams, oklaski na stojąco. Moment, w którym z Bespin odlatuje statek z Leią i Lando na pokładzie - strzały z pistolecików laserowych, które trafiają w statek, idealnie współgrają z muzyką Williamsa. No i jeszcze ta muzyka w finałowej scenie… Można by o niej powiedzieć: "Impressive. Most Impressive".

Podsumowując, "Imperium kontratakuje" to najlepszy film z sagi "Gwiezdnych wojen". Niesamowita opera science-fiction o jeszcze lepszych efektach, lepszej grze aktorskiej oraz lepszej muzyce aniżeli "Nowa Nadzieja". To niesamowite dzieło mogę z czystym sumieniem polecić każdemu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 94% uznało tę recenzję za pomocną (132 głosy).
piter_sobiecki
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)