Recenzja filmu Sicario (2015)
Denis Villeneuve

Thriller sprawy

Villeneuve tworzy prawdziwy rollercoaster, wprowadzając nas w świat, w którym każdy jest potencjalnym podejrzanym, nikomu nie można ufać, a klimat jest tak gęsty, że nie potrafimy stwierdzić, czy ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Sicario (2015)
To nieco dziwne, że właśnie w kontekście "Sicario", który zdaje się jedynie solidnie zrealizowanym filmem gatunkowym, przypomniała mi się wypowiedź Benha Zeitlina o dużym społecznym znaczeniu kina. Uwielbiam w kinie to, że fabuła filmu jest przestrzenią do dyskusji nad najpoważniejszymi kwestiami tego świata - mówi reżyser "Bestii z południowych krain". Nie chcę rozstrzygać, czy problemy, poruszane przez najnowsze dzieło Denisa Villeneuve, należą do najpoważniejszych, ale z pewnością są realne i wymagają zmierzenia się z nimi. "Sicario" porusza ich naprawdę wiele. Zarówno w kontekście makro, jak i mikro. Odnajdziemy tu bowiem dramaty osobiste, jak również państwowe, a być może nawet globalne. W dodatku przedstawione zostają nam dwie perspektywy konfliktu, dzięki czemu jego skala i złożoność stają się jeszcze bardziej przerażające.  


Prolog filmu to mocna sekwencja szturmu FBI na kryjówkę narkotykowego kartelu. Właśnie tam poznajemy główną bohaterkę, agentkę Kate Macer, która już w pierwszych minutach śmiertelnie unicestwia napastnika. Wraz z upływającymi sekundami, atmosfera się zagęszcza. Funkcjonariusze odkrywają potwornie okaleczone ciała, których widok przyprawia o mdłości. Następnie plany FBI zostają pokrzyżowane przez niespodziewaną eksplozję, w której dowodząca akcją Macer traci dwójkę ludzi. Od początku widzimy, że jest ona zaangażowaną w sprawę kobietą, z wyjątkowo silnym poczuciem sprawiedliwości. Chęć ukarania osób, odpowiedzialnych za masakrę w Arizonie, popycha ją do przyjęcia propozycji, którą oferuje jej szefostwo. Kate z dnia na dzień dołącza do tajemniczej, specjalnej jednostki odpowiedzialnej za zwalczanie handlu narkotykami.


Villeneuve tworzy prawdziwy rollercoaster, wprowadzając nas w świat, w którym każdy jest potencjalnym podejrzanym, nikomu nie można ufać, a klimat jest tak gęsty, że nie potrafimy stwierdzić, czy już jest bezpiecznie, czy jeszcze nie. Stylistycznie przywodzi to na myśl dwa filmy Kathryn Bigelow – "The Hurt Locker" i "Wróg numer jeden". Reżyser "Sicario" wraz z odpowiedzialnym za zdjęcia Rogerem Deakinsem i autorem muzyki Jóhannem Jóhannssonem, dodają jednak oryginalny, autorski pierwiastek, dzięki któremu pełne dwie godziny filmu oglądamy z zapartym tchem. Sposób filmowania zdecydowanie przyciąga oko. Poza samą atrakcyjnością zdjęć, należy zwrócić uwagę na plany totalne, które dodatkowo wprowadzają atmosferę niepokoju. Pozornie widzimy więcej, ale naprawdę nie widzimy zupełnie nic. Nie mamy wstępu do mieszkań, kryjówek czy ulicznych zakamarków, w których dzieje się tak wiele. Wyjątkowo istotnym elementem jest również minimalistyczna ścieżka dźwiękowa, której siła polega na tym, że wykorzystywana jest bardzo oszczędnie. Sprzymierzeńcem Jóhannssona jest po prostu cisza. Jednak gdy jego mięsiste kompozycje już się pojawiają, twórcy pozwalają wybrzmieć im w całej swojej okazałości. Proste, transowe brzmienia tworzą nieoderwalną i spójną część całości.

photo.title   

To nie koniec porównań z "Wrogiem numer jeden". Wspólnym mianownikiem obu filmów jest również główna bohaterka, która zostaje w całości pochłonięta przez misję. Agentka Macer to samotna kobieta, która niewiele ma do stracenia. Poświęca zatem swoje zdrowie i podporządkowuje życie sprawie filmu. Emily Blunt oferuje nam genialne, subtelne aktorstwo. Podobnie jak Jessica Chastain, daje nam się poznać jako "kobieta z jajami". Z czasem jednak zauważamy jej wewnętrzne bóle i rozczarowania. Blunt jednym spojrzeniem jest w stanie z Tomb Rider stworzyć kruchą postać z krwi i kości, dzięki czemu jej rozterki stają się widzowi dużo bliższe. 

Kolejne dwie istotne role odgrywane są przez Benicio del Toro i Josha Brolina. Ten pierwszy wciela się w postać charyzmatycznego Alejandro – tajemniczego współpracownika organizacji, którego motywy działania nie są do końca wyjaśnione. Ten drugi to rasowy amerykański glina z wieloletnim stażem, którego nic nie jest w stanie zaskoczyć. Żując gumę, bacznie obserwuje sceny kolejnych drastycznych przesłuchań. Jest jeszcze Daniel Kaluuya, który gra po prostu dobrego chłopca z głową na karku, partnera Kate z FBI.


Reżyser za wszelką cenę chciał ukazać swój dramat na wielu płaszczyznach, poruszając kilka problemów jednocześnie. Stąd oprócz rozterek moralnych funkcjonariuszy i kontrowersyjnych metod służb specjalnych, które zdają się poza prawem nie tylko w USA, obserwujemy również przerażającą rzeczywistość otaczającą ludzi żyjących po meksykańskiej stronie granicy. Gdyby spojrzeć powierzchownie, Meksykanie przedstawieni są stereotypowo, z najgorszej strony. Brudni, łysi, wytatuowani, bezwzględni handlarze. Villeneuve stara się jednak przyjrzeć im nieco dokładniej. Poznajemy pobudki, które popychają ich do popełniania przestępstw. Najczęściej jest to chęć ochrony i utrzymania rodziny. Działając z tymi samymi motywami, rząd USA ściga ich i umieszcza za kratkami. To paradoks zasługujący na uwagę. Wystarczy jeden krok, by przekroczyć granicę i znaleźć się w zupełnie innym świecie. O amerykańskie dzieci walczy wiele służb. Kto będzie walczył o meksykańskie? O te, których radość, ze zdobywanych bramek, jest zagłuszana przez nieustające odgłosy brutalnych strzelanin, a policyjne koguty zastępują im boiskowe reflektory. Oczywiście są momenty, w których połączenie thrillera z dramatem obyczajowym nie wypada wybitnie, ale mają one zdecydowanie drugorzędne znaczenie w kontekście całego utworu.


Niedawno usłyszałem gdzieś, że najważniejsze w kinie jest umiejętne opowiadanie historii. Historia przedstawiona w "Sicario" nie jest wyjątkowa. Jednak sposób w jaki serwuje nam ją Denis Villeneuve zasługuje na najwyższe laury. Dwugodzinny, mroczny i ponury dreszczowiec zabiera nas do świata rządzącego się swoimi własnymi prawami, a styl, w którym to robi, jest nie do podrobienia. Dla małych smaczków, takich jak scena eskorty więźnia, dla scen akcji z pulsującą muzyką w tle czy dla meksykańskich krajobrazów ujętych z samolotu naprawdę warto zobaczyć "Sicario" na dużym ekranie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 77% uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).
heyo7
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o