Recenzja filmu Grindhouse: Death Proof (2007)
Quentin Tarantino

Titty Twister po raz drugi

Tarantino jest narzędziem zbrodni. To odbezpieczony granat, który rzucony na tereny świata filmowego robi wielkie BOOM. Gdziekolwiek by trafił, zawsze robi dużo hałasu i szumu, a wydaje mi się, ...
Filmweb sp. z o.o.
Tarantino jest narzędziem zbrodni. To odbezpieczony granat, który rzucony na tereny świata filmowego robi wielkie BOOM. Gdziekolwiek by trafił, zawsze robi dużo hałasu i szumu, a wydaje mi się, że nie powinien. Jego styl i sposób, w który realizuje swoje dzieła, zupełnie nie pasuje do żadnego z rodzajów czy kategorii dzisiejszych filmów. Powstały ostatnio "Death Proof" jest przecież przedstawicielem typu grindhouse, który obecnie jako rodzaj filmów nie występuje nigdzie. I to właśnie sprawia, że Quentin Tarantino jest mistrzem swojego gatunku, najbardziej wyrazistym zaraz po Burtonie twórcą, który tworzy swój indywidualny styl, a nazwisko staje się znakiem oryginalności, odmienności, czegoś świeżego i interesującego w swoim dziwactwie. Co w związku z tym?

Wrócił stary, dobry Tarantino! Drugiego "Pulp Fiction" nie zrobił, co oczywiste, ale pokazał tą swoją pierwotną nutkę amerykańskiego humoru, groteski, absurdu w wykonaniu umiejętnie dobranych aktorów i odrobiny charakterystycznej, krwawej jatki. Pokazał w jak prosty sposób, za pomocą tradycyjnie inteligentnych w swej durnocie dialogów można odbiec od wątku, a zarazem utrzymać fabułę filmu, by w końcowej fazie rozłożyć widza na łopatki. Od pierwszej sceny staje się jasne, że film ten wymaga głębszego zastanowienia i doszukania się ukrytych znaczeń w danych sekwencjach. Forma, w jaką Tarantino wrzucił film, miała zaznaczyć jego powrót do dawnych nawyków, zamiłowania do starych, dobrych filmów klasy B i amerykańskich lat 80. Młode dziewczyny miały podkreślić ówczesną, letnią wolność pełną relaksu i upijania się wieczorami w barach, czego końcowy efekt był taki jak zamierzony: wyszedł wspaniale.

Ten dawny wyraz artystyczny reżyser pokazał również, występując w filmie (standardowo mały epizod), co w ostatnich projektach, jak np. "Kill Bill" się nie pojawiło. Rolę podstarzałego psychola powierzył Russelowi, co podtrzymało jego opinię świetnego aktora, zwłaszcza grającego czarne charaktery. Resztę ról otrzymały początkujące aktorki, które w moich oczach wypadły genialnie. Cała aranżacja planu i klimat oddawały powagę sytuacji, zdjęcia jak na starą taśmę są bardzo dobre, a i obróbka filmu w stylu lat '70 to kawał dobrej roboty grafików.

Mimo prawie kompletnego autorstwa Tarantino, dostrzec można, że w filmie tym palce maczał Rodriguez, dorzucając swoje pięć groszy w pewnych scenach. Dodało to odrobinę perwersji na plus dla filmu i samego reżysera.

"Death Proof" jako jedna z części projektu ''Grindhouse'', rozkłada na łopatki nieudaną próbę ratowania swojej reputacji Rodrigueza poprzez swój "Planet Terror". Może to źle, że pierwszy do obiegu ogólnoświatowego został puszczony film Tarantino, mógłby być bowiem lekiem na tandetę pokazaną przez Rodrigueza i wyświetlany jako ten drugi, arcydobry film. Do kolekcji prestiżu Quentina Tarantino, na półkę z dotychczasowymi dziełami śmiało dorzucić można film "Grindhouse : Death Proof", który ukazuje, w jak świetnej formie jest przodownik dzisiejszej undergroundowej sztuki kina, jedna z największych w moich oczach postaci obecnego kina, dla której oklaski po skończeniu się seansu są jak najbardziej zasłużone i wyrażają szacunek skierowany do niego.
Bo Quentin Tarantino to w końcu jedynie dziwak, o imieniu bohatera filmowego, którego wykształciło pracowanie w wypożyczalni VHS. A to, wydaje się, było przełomowym momentem w jego życiu, kiedy to odkrył w sobie zapalonego filmowca darzącego miłością te bardziej kultowe, ambitne filmy. Nie wiedział tylko jeszcze, że sam stanie się legendą i sam będzie tworzył kultowe filmy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (12 głosów).
Vampira
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie