Recenzja filmu Mroczny Rycerz (2008)
Christopher Nolan

Umarł król, niech żyje król

Film Christophera Nolana na długo przed wejściem do kin został uznany za najgorętszą premierę tego roku. Nic dziwnego. Po katastrofalnej realizacji "Batmana i Robina", Nolanowski "Początek" był ...
Filmweb sp. z o.o.
Film Christophera Nolana na długo przed wejściem do kin został uznany za najgorętszą premierę tego roku. Nic dziwnego. Po katastrofalnej realizacji "Batmana i Robina", Nolanowski "Początek" był jak obietnica. Na szczęście okazała się być spełnioną. Co więcej: z nawiązką.

"Mroczny rycerz" z założenia opiera się na tych komiksach Franka Millera, w których Bruce Wayne stawał się coraz bardziej zgorzkniały i złamany życiem. Przy pomocy komisarza Gordona (rewelacyjny Gary Oldman) udaje mu się raz po raz, noc po nocy, wsadzać za kraty kolejnych przestępców. Prawdziwym odkryciem okazuje się jednak szlachetny prokurator Harvey Dent, którego postawa daje nadzieję na ostateczne rozwiązanie kwestii mafii w Gotham. W tym samym czasie demoniczny Joker składa przestępcom kuszącą propozycję. Jego "zabójczy żart" (taki tytuł nosi powieść graficzna, na której zasadniczo opiera się film) okaże się szczególnie gorzki...

Najczęściej komentowanym elementem "Rycerza" jest oczywiście rola Jokera. Tragiczna śmierć Heatha Ledgera nadała jej bowiem zupełnie inny wymiar – niemal mistyczny. Czy wokół tej kreacji narośnie legenda, trudno dziś jeszcze stwierdzić. Jedno jest pewne: przesycona diabolicznym chichotem i ustawicznym mlaskaniem jest na tyle charakterystyczna, że ma szansę na stałe zapisać się w kanonie kinematografii. Pośmiertny Oscar dla Ledgera? Moim zdaniem to dobry pomysł, pod warunkiem, że aktor zostanie nim niejako uhonorowany za całokształt swojej twórczości.

Dużym zaskoczeniem okazał się dla mnie Aaron Eckhart. Aktor, którego dotąd uważałam za co najwyżej dobrego, doskonale wcielił się w czystego jak łza prokuratora Denta. Nie gra go, on po prostu nim jest. Podobnie sprawa ma się ze znakomitym jak zawsze Garym Oldmanem, dzięki któremu komisarz Gordon staje się jednym z najbardziej interesujących akcentów.

W drugiej części doszło także do zmiany obsadowej. Ukochaną Nietoperza zagrała tym razem Maggie Gyllenhaal, co, moim zdaniem, było bardzo dobrą decyzją. Gyllenhaal nadała Rachel Dawes rys wiarygodności: przekonująco wypada, nie tylko uśmiechając się i żartując w restauracji, ale i wtedy, kiedy na jej twarzy maluje się zmęczenie życiem i wielka dojrzałość. 

Wiele zarzutów pojawiło się pod adresem Christiana Bale’a: że gra w sposób zachowawczy, że nie rozwija swoich możliwości... Prawda jest jednak taka, że scenariusz nie dawał mu pola do popisu, jedynie w aspekcie fizycznym, który w takim filmie, nie ukrywajmy, ma bardzo duże znaczenie. Rola Batmana została ograniczona do minimum i wcale nie stanowi to żadnego uchybienia. Konstrukcja fabuły jest znakomicie wyważona; ani przez moment widz nie zastanawia się, dlaczego dany charakter (postać) ma w tej historii taką, a nie inną rolę.

Co tu dużo mówić: "Mroczny rycerz" to najlepszy film tego roku i nawet odrobina patosu na koniec nie jest w stanie zatrzeć tego wrażenia. Dopracowany pod każdym względem, zapierający dech w piersiach. Oszałamiające efekty specjalne (które, notabene, reżyser znacznie zredukował), fantastyczne sceny walk, ujęcia z olbrzymiej wysokości wieżowców, wpisująca się w klimat muzyka (ale nazwiska Zimmer i Newton Howard mówią same za siebie) – to jeszcze nie wszystko. Dodać trzeba zdjęcia Gotham City innego niż w "Początku". Scenografia uległa zmianie. Takim chciałam to miasto widzieć – niezbyt różniącym się od współczesności. Morderstwa, wymuszenia, napady – brzmi znajomo? Gotham, niczym współczesny Babilon, nie trąca na pierwszy rzut oka zgnilizną moralną, sprawia wrażenie całkiem normalnego: ot, i metropolia.

W tym momencie dochodzimy do sedna sprawy. Paradoksalnie największą zaletą tej opowieści jest... realizm. Kupujemy tę historię taką, jaka jest – jedne elementy mniej (przemiana zewnętrzna Denta), inne bardziej, jednak przyjmujemy, że tak "mogłoby być", gdyby któregoś dnia samotny mściciel postanowił raz na zawsze skończyć z przestępczością. Historia Batmana jest fascynująca sama w sobie, Chris Nolan tylko wydobył z niej to, co najlepsze.

Film ma mimo wszystko pewną wadę. Po seansie w głowie rodzi się pytanie: jak to?, to wszystko?, tylko tyle? Reżyser rozczarowuje, zmuszając nas do opuszczenia sali kinowej tak wcześnie. O jakości jego dzieła niech świadczy fakt, że to jedyny film, na który chciałam udać się po raz drugi. A teraz z utęsknieniem wyczekuję momentu, kiedy prasa czy telewizja poinformuje, że trzydziestoparoletni Anglik ponownie powołuje do dzieła człowieka w czarnym kostiumie...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 92% uznało tę recenzję za pomocną (64 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (32)

zobacz wszystkie
o