Recenzja filmu V jak Vendetta (2005)
James McTeigue

Vi Veri Veniversum Vivus Vici

Do oglądania filmu zasiadłam z zerową wiedzą na temat opowiadanej przez niego historii, jako że nigdy wcześniej nie zetknęłam się z dziełem Moore'a i Lloyda. Już po pierwszych minutach straciłam ...
Filmweb sp. z o.o.
Do oglądania filmu zasiadłam z zerową wiedzą na temat opowiadanej przez niego historii, jako że nigdy wcześniej nie zetknęłam się z dziełem Moore'a i Lloyda. Już po pierwszych minutach straciłam kontakt z rzeczywistością, chłonąc świat ekranu z zapartym tchem. Nadal nie jestem pewna, czy już wróciłam z tej filmowej podróży. Mogłabym pisać o "V jak Vendetta" godzinami, rozwodzić się nad finezją gry aktorskiej, nad jego atmosferą, pięknymi zdjęciami czy kostiumami. Ale postaram się zawrzeć moje przemyślenia w dość oszczędnej w słowa formie.

Anglia XXI wieku. Podobnie jak u Orwella w słynnym "1984" (który był jedną z inspiracji dla twórców historii o V), świat jest po wielkim kryzysie połączonym z konfliktami zbrojnymi. Społeczeństwo brytyjskie, licząc na poprawę sytuacji kraju, wybiera na politycznego przywódcę lidera ekstremistycznej partii prawicowej, który po zdobyciu władzy wprowadza system totalitarny. Mamy więc godzinę policyjną, policję polityczną - tzw. wskazywaczy, posuniętą do granic możliwości cenzurę w mediach. Mimo tego Anglia nie wydaje się ponurym miejscem - wręcz przeciwnie, ukazane w filmie życie prostych obywateli na pozór nie różni się od naszego. W tej rzeczywistości, opartej na fikcji zbudowanej przez polityków, pojawia się V - heros bez twarzy, ukryty za maską Guya Fawkesa, rewolucjonisty, który 5 listopada 1605 roku chciał wysadzić w powietrze parlament brytyjski, aby wyrazić sprzeciw wobec rządów protestanckiego króla. V - podobnie jak Fawkes - nie waha się przed drastycznymi metodami działania. Prowadzi go chęć zemsty - Vendetty - na ludziach, którzy przed laty poddali jego i wiele innych osób, straszliwym eksperymentom, z których jedynie on wyszedł żywy. Na samym początku historii V ratuje z rąk wskazywaczy Evey - "dziewczynę od wszystkiego" w jedynej stacji telewizyjnej w kraju. Późniejsze koleje losu sprawiają, że Evey zostaje gościem V w jego domu, Galerii Cieni, a następnie - podczas mistyfikacji, którą V preparuje specjalnie dla niej - Evey przechodzi metamorfozę, która zbliża ją do herosa, ale także odciska silne piętno na jej psychice i postawie jako człowieka. V rozpoczyna szeroko zakrojoną kampanię, która ma odsłonić kłamstwa i zbrodnie totalitarnego rządu, dokonując jednocześnie zemsty na swoich byłych oprawcach. Pragnie przebudzić naród i wyzwolić jego zduszoną rządami dyktatury tożsamość. Z ramienia rządu śledztwo w jego sprawie prowadzi sam szef Scotland Yardu Eric Finch, który, jako człowiek żelaznych zasad, dąży nie tylko do ujęcia przestępcy, ale przede wszystkim do poznania prawdy.

Uwaga - mogą pojawić się spoilery: film  McTeigue'a pozostawił we mnie niedosyt. Pomijam już fakt, iż aby zrozumieć do końca jego fabułę, musiałam obejrzeć film po raz kolejny. I tutaj niestety pojawia się cecha wspólna wielu ekranizacjom, a mianowicie to, że jeśli nie znamy oryginału, pewne wątki pozostaną dla nas niezrozumiałe, gdyż zawarcie całej historii byłoby w większości przypadków niemożliwe ze względu na ograniczenia czasowe. Po obejrzeniu "V jak Vendetta" zrobiłam dochodzenie w kwestii oryginału i jego fabuły, które to z kolei poszukiwania przyniosły mi gorzkie rozczarowanie. Autorzy książki - która nazywana jest powieścią graficzną, nie komiksem - przyznają sami, że opowieść nie zdradza nam, kim jest V. Może być mężczyzną lub kobietą, przestępcą lub bohaterem, osobą zrównoważoną lub chorą psychicznie. Film zawęża nieco nasze pole manewru - podczas gdy książka sugeruje, że V może być samą Valerie, aktorką lesbijką która była więźniem tego samego ośrodka karnego co V, film pokazuje nam śmierć tej dziewczyny, z czego wynika, że V i ona nie są tą samą osobą. Również byli oprawcy V mówią o nim jako o mężczyźnie z celi numer 5 - mężczyźnie więc, nie kobiecie; podczas gdy w jednej z ostatnich scen V wyraża swoją miłość do Evey, co mogłoby sugerować, że to jednak mężczyzna, ale hipoteza związana z Valerie nie pozwala nam tego jednoznacznie określić. Kim jest więc V - Ideą. I ideą musi pozostać. Mi, fance opowieści o super herosach, których tożsamość zawsze poznajemy, aby mieć pełen obraz bohatera - takie założenie pozostawia ogromny głód wrażeń. Ale może to tylko takie moje spaczenie. Film i książka różnią się też innymi elementami - w filmie nie dowiadujemy się, że Evey miała być aresztowana za prostytucję, że miała zaledwie 16 lat, że dr Delia Surridge i Eric Finch byli niegdyś kochankami. Eksperymenty hormonalne, którym poddawany był V wraz z innymi więźniami z Larkhill, zamieniono na prace nad bronią biologiczną. Nie dowiadujemy się więc, że V zyskał swoje nadprzyrodzone zdolności właśnie podczas terapii hormonalnej. Gdyby był kobietą, terapia ta mogłaby też zmienić jego fizjonomię tak, że po wydostaniu się z więzienia miałby już cechy fizyczne mężczyzny. O tym jednak film nie mówi. Może to lepiej. Wizja V jako transseksualisty budzi mój niesmak. Nie wiem jak odebraliby to inni widzowie.

Przejdźmy do samego filmu - o kreacjach aktorskich długo by opowiadać, ale nie muszę chyba dowodzić talentów gwiazd takiego formatu, jak Hugo WeavingStephen Rea czy John Hurt. Młoda Natalie Portman jest również przekonująca w roli Evey, chociaż trudno się oprzeć wrażeniu, że nie wymagało to od niej szczególnie ciężkiej pracy aktorskiej. Wspaniałe kostiumy i scenografia oddają doskonale klimat futurystycznej wizji Moore'a Lloyda. Muzyka, która odgrywa niebagatelne znaczenie w przebiegu akcji - naznacza ją i służy jako symbol - sprawia wrażenie składanki różności. Jej obecność w filmie jest jednak tak naturalna, że nie sposób wyobrazić sobie tego obrazu bez towarzyszącego mu podkładu. Cóż mogę jeszcze napisać? Analiza dzieł sztuki nie jest moją mocną stroną.

Towarzysze kinomaniacy, wy - którzy nie znacie historii V, i wy - którzy ją dobrze znacie i wyznajecie kult V w głębi serca i w czterech ścianach waszych pokoi - przyłączcie się do mnie i do mi podobnych, dla których film Jamesa McTeigue'a był niczym powiew świeżego powietrza w duszny pochmurny dzień. Dajcie się porwać wirowi wydarzeń. Pozwólcie, aby świat zamaskowanego mściciela pochłonął was bez reszty. I pamiętajcie, oglądając tą zapierającą dech w piersiach wizję, możliwego przecież scenariusza przyszłych wydarzeń, że to artystyczne kłamstwo - nierealny świat ekranu - ma za zadanie ukazać nam prawdę o świecie, którą to myśl pozostawiam waszym rozważaniom.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 68% uznało tę recenzję za pomocną (78 głosów).
puss
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)