Recenzja filmu Ostatni król Szkocji (2006)
Kevin Macdonald

Władza absolutna

Głównym powodem, dla którego wybrałem się na ten film do kina, była opiewana i nagradzana wszędzie kreacja aktorska Foresta Whitakera, który wciela się w tu w dyktatora Ugandy - Idi Amina. ...
Filmweb sp. z o.o.
Głównym powodem, dla którego wybrałem się na ten film do kina, była opiewana i nagradzana wszędzie kreacja aktorska Foresta Whitakera, który wciela się w tu w dyktatora Ugandy - Idi Amina. Przyznam, że wybierając się na niego, zrażony powierzchownością niedawnego "Krwawego diamentu" nie spodziewałem się, aż tak dobrego kina, jakim niewątpliwie jest ten obraz. Już od samego początku spotyka nas miłe zaskoczenie - film nie jest typowym filmem biograficznym, a idzie nieco w stronę filmu rozrywkowego thrillera z ambicjami. Ponadto scenarzyści a właściwie twórca powieści, będącej kanwą scenariusz stosuje świetny chwyt, ukazując Dyktatora i jego rzeczywistość z perspektywy bohatera fikcyjnego. Dzięki temu "Ostatni król Szkocji" nie wydaje się filmem banalnym postać Amina jest tu jedynie wykorzystana, by pokazać inne, ważniejsze wątki, a nie tylko przedstawić poczynania jednej postaci.

Historia opowiedziana jest okiem młodego, beztroskiego doktora Garrigana. Wyrusza on do Ugandy w celu pomocy tamtejszej ludności jako medyk. Jest to czas, gdy rządy w państwie przejmuje prezydent Idi Amin, z którym Garrigan niebawem nawiązuje bliższe kontakty i zostaje jego osobistym lekarzem. Sielanka trwa jednak krótko - młody lekarz przekonuje się na własnej skórze, jakim potworem i nieobliczalną bestią jest Dyktator. Niebawem zostaje oskarżony o zdradę. Zaczyna się walka o wolność, na śmierć i życie.

"Ostatni król Szkocji" zyskuje bardzo wiele na sposobie opowiadania historii. Żaden z filmów od dawna nie miał w sobie takiej siły, by umiejętnie wodzić i trzymać widza za gardło przez cały seans. Realizacyjnie, obraz jest majstersztykiem. Twórcy wykazali się sporym wyczuciem w budowaniu tego filmu idealnie zostały odmierzone proporcje między pełnokrwistym, trzymającym w napięciu thrillerem, a przejmującym dramatem politycznym z uniwersalnymi przesłankami. Twórcy stosują świetny zabieg wprowadzenia nas w fabułę. Akcja zaczyna się sielankowo. Poznajemy postać młodego, nieco niedojrzałego jeszcze lekarza. Jest człowiekiem, który przyjechał do Ugandy nie z powołania, z misji, a dla przeżycia przygody.

Sam początek filmu różni się też stylistyką. Zdjęcia są nasycone kolorami, a sama Afryka wydaje się piękna malownicza, inspirująca - będąca dla głównego bohatera symbolem wolności, której nie zaznał przy konserwatywnych rodzicach. Jest młody, pełen pasji, zaczyna spełniać się jako lekarz, misjonarz i jako człowiek. Jednak jego chęć przekraczania barier, a także naiwność, wynikająca z młodości, pcha go w mordercze ramiona Amina. Ten zauważa w nim pokrewną duszę, zaczyna mu ufać. Oferuje mu bogactwo, cząstkę władzy za to, że ten zostanie jego lekarzem i doradcą. Mężczyzna wreszcie zgadza się, co będzie jego początkiem końca.

Oczyma głównego bohatera reżyser pokazuje nam Afrykę podczas rządów Amina. Początkowo także i nam wydaje się ona idylliczna. Jednak z biegiem wydarzeń przekonujemy się, że jest to prawdziwe piekło na ziemi, gdzie ludzkie życie jest bez znaczenia. Dwójka bohaterów to dwa różne oblicza Afryki Garrigan jako wizja kraju wolności i Amin jako jej prawdziwe, mordercze oblicze. Co więcej, z filmu płynie uniwersalna prawda, że piekło, jakie przeżywa społeczność na tym kontynencie, się nie zmienia. Wątek afrykański i losy mieszkańców Ugandy nie jest jednak najważniejszy. Twórcy w głównej mierze skupiają się na dramacie młodego Garrigana, który podąża drogą ku zagładzie. Przesłanie filmu jest oczywiste władza jako coś kuszącego, niebezpiecznego zarazem, a także przynależność do ludzi uwarunkowana pozycją i pełnioną funkcją. Garrigan to każdy z nas. Autor scenariusza ustawia jego postać tak, byśmy mogli się z nim utożsamić. Jest łatwowierny, rządny pieniędzy, sławy, porzuca swoje prawdziwe powołanie, zaczyna wyznawać nowe, sprzeczne ze sobą, wartości. Ulega sile, której uległby prawdopodobnie każdy z nas - władzy.

Idi Amin natomiast to postać, jakiej w kinie nie było już dawien dawna. Człowiek wywołujący w widzach skrajne emocje to niepoczytalny potwór, istna bestia, ale przede wszystkim bohater intrygujący. Jest to człowiek nieobliczalny, który w jednym momencie z sympatycznego, charyzmatycznego prostego człowieka potrafi przemienić się w szaleńca. Jest to jedna z tych postaci, które widzów fascynują i mimo iż zdajemy sobie sprawę z ich bestialstwa, jesteśmy nimi oczarowani, tak jak Garrigan.

Filmowa konfrontacja dwójki bohaterów wypada bardzo wiarygodnie, właśnie dzięki świetnie nakreślonym osobowościom i psychologii postaci, co w thrillerach tego typu nie zdarza się zbyt często. To zasługa przede wszystkim aktorów. Grający Garrigana James McAvoy wypada bardzo dobrze w roli naiwnego lekarza. Jednak główne skrzypce gra tu przede wszystkim Forest Whitaker, którego rola jest po prostu fenomenalna. Aktor, który dał nam się poznać jako aktor ról drugoplanowych, zawsze opanowany, na ekranie staje się bestią człowiekiem nieobliczalnym i przerażającym. Jest to kreacja absolutnie rewelacyjna i godna wszystkich nagród, którymi została obsypana. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że na nadchodzących Oscarach i również zostanie doceniona.

"Ostatni król Szkocji" ma jeszcze wiele aspektów, które kwalifikują go do grona najlepszych filmów tego roku m.in. muzyka czy montaż. Film jest dowodem, że da się jeszcze w dzisiejszych czasach zrobić rewelacyjny thriller, który oprócz tego, że trzyma w napięciu, ma w zanadrzu uniwersalne, ponadczasowe przesłanie. Krótko mówiąc to bardzo dobry film.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 90% uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)