Recenzja filmu Hero (2002)
Yimou Zhang

W świecie bohaterów

Czasami próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie: na czym polega magia zaklęta w mieczach samurajskich? Już sam ich widok budzi w naszych sercach najprzeróżniejsze uczucia, wyzwala skojarzenia i ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Hero (2002)
Czasami próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie: na czym polega magia zaklęta w mieczach samurajskich? Już sam ich widok budzi w naszych sercach najprzeróżniejsze uczucia, wyzwala skojarzenia i ambicje, o które byśmy się zupełnie nie podejrzewali w tym nieromantycznym, goniącym za pieniądzem świecie. Miłość, honor, oddanie, męstwo. Powinien je znać dobrze rycerz władający orężem i z jego pomocą torujący sobie drogę ku chwale. Niekoniecznie ku zwycięstwu czy porażce, ale właśnie ku chwale, ku sławie, ku ocaleniu z niepamięci.

I nic dziwnego, że twórcy filmowi czerpią inspirację ze wszystkich dostępnych źródeł, by tylko przenieść widza w magiczny świat szlachetnych wojowników. Nieważne jakiej są oni narodowości, wyznania czy koloru skóry, z jakiej krainy się wywodzą, jakim władają językiem, w co wierzą. Ważne, by działali na wyobraźnię, by ich czyny mogły obudzić rycerskiego ducha w usadowionych w kinowych fotelach widzach, by ich bohaterstwo pobudziło skostniałe od codziennej rutyny serca.

Film "Hero" miałby prawo zaliczać się do tego typu opowieści. I szczerze mówiąc liczyłam na to, gdy zachęcona zwiastunem - który prezentował się bardzo obiecująco - zasiadałam w kinie.

Oto przed moimi oczami zaczęła rozwijać się historia o legendarnych wojownikach o sercach wypełnionych szlachetnymi ideami, władających wspaniałym orężem i posiadających wręcz nadnaturalne umiejętności. Do pałacu wielkiego, chińskiego władcy przybywa wojownik, zwany Bezimiennym, który przynosi 3 miecze należące do doskonałych wojowników. A wiadomo, że żaden rycerz nie rozstaje się dobrowolnie ze swoim orężem... Wniosek nasuwa się więc sam: oto ten wojownik pokonał pozostałych, a teraz przybył, by odebrać należną mu nagrodę i hołd. Prawda okazuję się jednak zupełnie inna. Czy naprawdę temu przybyszowi udało się wygrać pojedynki z niezrównanymi Niebem, Śnieżynką i Złamanym Mieczem?

Choć historia ta wydaje się spełniać wszelkie wymogi ciekawej opowieści, jednak... czegoś mi tu zabrakło. Niewątpliwie lepszej motywacji psychologicznej postaci. Zamiast naprawdę poznać naszych bohaterów, otrzymujemy kilka różnych wizji tej samej historii, a postacie - choć wciąż te same - z opowieści na opowieść stają się zupełnie kimś innym. Bezimienny swym opowiadaniem nie przekonuje ani nas, ani swojego bezpośredniego słuchacza: władcy. Ten nie wierzy mu i opowiada zdarzenia na swój sposób. A prawda... nie leży chyba po żadnej ze stron.

Wiem, że to miała być chińska legenda z zamierzchłych czasów przeniesiona na ekran. I rozumiem, że wymogi opowieści na poły fantastycznej, a na dodatek o zaburzonej konstrukcji narracyjnej, nie mogą być jednoznaczne z tymi dotyczącymi filmów o bardziej linearnej strukturze. Jednak nie przekonała mnie ta opowieść. Jej bohaterowie stawali się z każdą minutą bardziej obcy. A w ostatnim epizodzie (który miał przecież pokazać ich prawdziwe losy) wręcz mnie rozczarowali zachowując się jak dzieci. Nie odmawiam nikomu prawa do gniewu, zazdrości, nienawiści i innych negatywnych emocji. Jednak kierowanie się nimi wymaga choć pewnej szczypty logiki. I jej mi tu właśnie zabrakło.

Twórcy tego filmu starali się za wszelką cenę przekazać tę samą historię z kilku różnych stron. Niestety, nie udało im się to zupełnie. Nie stworzyli wiarygodnych postaci. Czy ktoś, kto przez całe życie żył myślą o zemście, podporządkowując jej wszystkie swe działania i wciągając w swe plany innych, może w ostatniej chwili zrezygnować ze swojego celu? Jaki sens miałoby wtedy jego życie czy śmierć? A nawet gdyby zrezygnował, to w imię czego? Na pewno nie krótkiej rozmowy. A przynajmniej w prawdziwym świecie nie mogłoby mieć to raczej miejsca. Nie mówiąc już o kochającej się parze, która przez pewną różnicę zdań zwraca przeciwko sobie oręż, walczy, a potem się dziwi, że w wyniku walki ktoś może zginąć!

Film ten zawiódł mnie jeśli chodzi o pojawiające się w nim postacie. Brak w nim było także psychologicznego przesłania, a sama historia była tak wyssana z palca, że nie mogła mnie zaciekawić. Muzyka niezauważalna, mało charakterystyczna. Dialogi praktycznie żadne. Oglądając film miałam wrażenie, iż autorzy scenariusza mieli w zamyśle przedstawienie nie wiadomo jak skomplikowanej historii, tylko wmieszali im się w to producenci i 100 stronicowy scenariusz przepisali na 5 stronach ograniczając dialogi do minimum. Jeśli dodamy do tego marniutkie efekty specjalne, na miarę produkcji raczej telewizyjnej, ale na pewno nie kinowej, to mamy już chyba pełny obraz tego filmu... Jedynym wartościowym elementem tego obrazu były zdjęcia. Jednak biorąc pod uwagę całość było to dla mnie stanowczo za mało, by uratować ten obraz od zagubienia w niepamięci...

Owszem, kultura Dalekiego Wschodu ma w sobie jakieś piękno, które fascynuje. Ma też wszelkie predyspozycje do tego, by stać się inspiracją dla twórców kina. Jednak wszystko, moi mili, trzeba robić z głową. Lubię kino ambitne, które wymaga wiele od samego widza. Podobają mi się filmy o zaburzonej linii czasowej, jak "Pulp Fiction" czy "21 Gramów" - podzielone na epizody poukładane nie po kolei. Jednak to wszystko musi być "po coś". Jeśli nie... Jest to zaledwie przerost formy nad treścią. I taki właśnie był "Hero": sama forma (która mi na dodatek średnio odpowiadała) i zero treści.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 15% uznało tę recenzję za pomocną (41 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)