Recenzja filmu Zjednoczone stany miłości (2016)
Tomasz Wasilewski

W domach z betonu

"Jesteś szczęśliwa?" - pyta siostrę Marzena. Choć oczy Izy mówią co innego, jej usta wypowiadają słowo "tak". "Ja też" - mówi Marzena w odpowiedzi i po chwili dodaje: "To bardzo przyzwoicie z ...
Filmweb sp. z o.o.

"Jesteś szczęśliwa?" - pyta siostrę Marzena. Choć oczy Izy mówią co innego, jej usta wypowiadają słowo "tak". "Ja też" - mówi Marzena w odpowiedzi i po chwili dodaje: "To bardzo przyzwoicie z naszej strony".
Blokowisko w szczerym polu. Hermetyczne środowisko miasta, w którym każdy się zna, choćby z widzenia. Cztery kobiety, mijające się na klatce schodowej. Przyzwyczajone do ukrywania codziennych rozczarowań za drzwiami sąsiadujących ze sobą mieszkań, nawet nie podejrzewają, że przeżywają to samo. W czasie transformacji ustrojowej, z którą każdy mimowolnie wiąże nadzieję na niedookreśloną zmianę, one też na nią liczą, chcą zmienić swoje życie. Niezależnie od tego, czy to kochana żona i matka, wyrzekająca się swej godności dyrektorka, małomówna rusycystka, nawet aspirująca modelka - nie zważając na to, ile przyniesie to bólu i rozpaczy im, a także otoczeniu, zatracają się w autodestrukcyjnej potrzebie miłości.
 
Tomasz Wasilewski powrócił do krainy swego dzieciństwa. Spojrzał na nią okiem dorosłego mężczyzny, reżysera oraz scenarzysty i przywołał wyblakłe, jak kadry Olega Mutu, wspomnienie, wypełniając je bezbłędną scenografią i współczesnymi emocjami. Nie bez przyczyny nazywany jest reżyserem kobiet - cztery wspaniałe polskie aktorki, obsadzane zazwyczaj w głównych rolach, świetnie poprowadzone nie konkurują tu ze sobą, a każda tworzy wymagającą wielkiej odwagi rolę wyjątkową, bez której zazębiające się opowieści nie miałyby takiej siły emocjonalnej. Kamera podąża śladem bohaterek, przepięknie utrwala miotające nimi uczucia, bezbłędnie oddane na ich twarzach, a przede wszystkim - daje widzowi czas, by historia wybrzmiała, by zatrzymał się czas. Wasilewskiemu nigdzie się nie spieszy, ujęcia są długie, a jednak nie czuje się upływających minut, nie zerka się ukradkowo na zegarek.
 
"Zjednoczone Stany Miłości", które swoją światową premierę miały na tegorocznym Berlinale, gdzie uhonorowano je Srebrnym Niedźwiedziem za scenariusz, w każdym z krajów, do których zostały sprzedane prawa do ich dystrybucji, wywołują odmienne emocje, publiczność śmieje się i płacze w innych momentach. To film, koło którego nie da się przejść obojętnie. Zostaje w głowie choćby obraz pary wypełnionych emocjami oczu Doroty Kolak w scenie tańca.
 
Za dużo jednak u Wasilewskiego nagości, która, choć niesamowicie, naturalnie utrwalona, w takiej ilości nie ma już siły tej nieszafowanej.  Rozbiera się tu właściwie każdy z aktorów i choć wymagało to dużej odwagi, która oczywiście robi wrażenie, o wiele bardziej interesująca niż cielesność pozostaje wiwisekcja emocjonalna. I to właśnie ona powoduje, że zostaje się na fotelu w kinowej sali do końca napisów, chcąc przemyśleć to, co właśnie rozegrało się na naszych oczach i rozważając kolejny seans "Zjednoczonych Stanów Miłości".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 95% uznało tę recenzję za pomocną (21 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o