Recenzja filmu My, dzieci z dworca Zoo (1981)
Uli Edel

W każdej chwili przecież można skończyć

Już na wstępie nie będę ukrywała, że film "My, dzieci z dworca Zoo" niestety mnie rozczarował. Muszę przyznać, że chcąc zekranizować książkę opowiadającą o losach nastoletniej Christiane, reżyser ...
Filmweb sp. z o.o.
Już na wstępie nie będę ukrywała, że film "My, dzieci z dworca Zoo" niestety mnie rozczarował. Muszę przyznać, że chcąc zekranizować książkę opowiadającą o losach nastoletniej Christiane, reżyser filmu - Uli Edel miał ogromne pole do popisu, bowiem lektura jest niesamowicie wciągająca, a przede wszystkim zaskakująca. Zawsze z żalem oglądam filmy, w których pomysł jest może i dobry, ale niewykorzystany.

Zacznijmy od obsady. Właściwie tylko główna bohaterka utkwiła mi w pamięci. Młoda aktorka zagrała dość wiarygodnie, a jej postać niekiedy przerażała samą swą obecnością na ekranie. Reszta obsady była niczym statyści mówiący swoje kwestie bez większego wysiłku. Szkoda, bo w książce te właśnie postacie są zarysowane trochę konkretniej. Sama Christiane jest o tyle charakterystyczna, że nie łatwo jest patrzeć na nią obojętnie.

Myślę, że film miał przede wszystkim zaskoczyć. Niestety odnoszę wrażenie, że tak jak i książka, obraz miał wstrząsnąć odbiorcami eksponując drastyczne momenty. W lekturze jest to jednak rozłożone w czasie, jesteśmy wplątani w życie Christiane, a drastyczne momenty nawet nie są uwypuklone. Są po prostu faktami. Podkreślone zostały za to momenty najbardziej odrażające, aby właśnie zaszokować. Reżyser idzie więc po linii najmniejszego oporu. Pokazuje to, co nieprzyjemne i straszne, pomijając to, co też jest ważne. Za dużo dosadnego wykładania odbiorcy narkomanii. Jeśli ktoś nie przeczytał książki, film może nim wstrząsnąć. Dla mnie był jakby niepotrzebnym dodatkiem, do tego co sama już wiedziałam.

Z obrazu aż wylewa się jego niskobudżetowa forma. Tylko pojawienie się Davida Bowie jest czymś, co dowodzi, że jednak twórcy postarali się o ciekawą i wiarygodną koncepcję swego obrazu. Mniej więcej do połowy filmu słyszymy utwory właśnie w jego wykonaniu, co przybliża nam trochę atmosferę tamtych lat.

Nie jest to film najgorszy, nie jest też trywialny czy prymitywny. Jest po prostu pusty w środku. Brakowało mi tego, bym sama mogła obserwować życie Christine i je oceniać, by niczego nie wykładano mi pod nos. Wszystko zlało się w jedną całość, co zapewne sprawi, że już za tydzień filmu nie będę pamiętać. Warto go jednak obejrzeć. Dla tych, którzy czytali książkę, może to być dowód, że lektura jest o wiele lepsza. Natomiast dla osób, które nie poznały jeszcze Christine, może to być kolejny film o narkomanii. Mimo tego zapraszam do oglądania, biorąc pod uwagę, że jest to film z 1981 r., nie można przecież wymagać od niego zdjęć niczym z "Requiem dla snu".

Jaki by obraz nie był jakościowo, niesie przecież ważne przesłanie. A raczej przestrogę. Dla młodzieży, która nie zdaje sobie z sprawy z tego, jakie są konsekwencje uzależnienia i oczywiście dla dorosłych, którzy czasem są obojętni na to, co się wokół nich dzieje. Tak naprawdę nie trzeba doszukiwać się winy, a raczej uczyć się na błędach nie tylko swoich, ale też innych ludzi. Koniec obrazu niesie nam nadzieję, jednak informacje z tego roku już ją odebrały.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 39% uznało tę recenzję za pomocną (31 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)